piątek, 1 grudnia 2017

Widoki na rzeke Łodygowice na starej fotografii


   Patrząc na przedstawione poniżej zdjęcia widać wyraźnie, że rzeka Żylica płynąca przez Łodygowice jest szeroka i stosunkowo płytka. Ten fakt nie raz sprawiał, że gdy tylko podnosił się stan wody w niej z powodu roztopów, albo długotrwałych deszczów, to natychmiast występowała ona z brzegów i zalewała okoliczne pola i domostwa.


Najstarsze źródła historyczna podając pochodzenie nazwy między innymi wspominają, że: Łodwigowice naprzód sołtystwem niekiedy było, które przezwane Ludwika albo Ludwikowicza, (...)  Albo od paszę traw wilgotnych, sitowych, grubych, łodygowatych Łodygowice są.

Szczególnie tragicznym był rok 1863, kiedy to długotrwałe deszcze doprowadziły nie tylko do powodzi, ale również do rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych i spowodowało kilka lat głodu.
W okresie, gdy Łodygowice znajdował się w ramach c.k. Austrii nie raz były prowadzone pracę zabezpieczające brzegi, by spiętrzona woda nie zalewała wsi. Jednak wszystkie te działania okazywały się mało skuteczne. Paradoksalnie corocznemu zalewaniu wsi zaradzili niechcący sami mieszkańcy, którzy to na początku XX wieku budując nowe domy, kamień na podmrówki wybierali z koryta rzeki.

  Drugi taki proces nastąpił na przełomie lat 60 i 70, gdzie zabudowywane domami jednorodzinnymi było Podkościele i Kamieniec. Tym sposobem koryto rzeki od mostu grunwaldzkiego do jeziora zostało obniżone o kilka metrów, a puste tereny zamieszczone poniżej zostały zurbanizowane.

czwartek, 30 listopada 2017

Okruchy historyczne z Pietrzykowic cz. 2.

Płaczący obraz w Pietrzykowicach.

   Podczas panowania Jana Wielopolskiego w Pietrzykowicach wydarzył się ciekawy, niecodzienny wypadek. Jednak jego historia, zaczęła się kilkadziesiąt lat wcześniej. W 1678 r. niejaki Matias Pławiński z Pławiec, który ogłosił się szlachcicem i pielgrzymem, zwiedzał Żywiecczyznę.  Najwięcej przebywał w Pietrzykowicach u Wojciecha Wiesiołka, gdzie podczas lata w stodole sypiał. Pewnej nocy przez szpary zobaczył w nocy ogień na lipie obok domu Wojciecha Hujca. Doznawszy widzenia, kazał wymalować obraz i zrobić kaplicę z takim podpisem: Pielgrzym Matias z rodu Cieszkowskiego z Gidel ten obraz fundował Objawienia Najświętszej Panny Studziennej do kaplice pietrzykowskiej niedaleko od Żywca leżącej, roku Pańskiego 1678. (...) Gdy dowiedział się o tym Jego Mość ksiądz Wojciech Symellius, dziekan i proboszcz żywiecki, że to bez jego konsensu stało się, kazał wozem zajechać i tę kletę rozchybać i okrajki z ławami do kościoła staro-żywieckiego zawieźć. Które na poprawę kościoła tamecznego obrócił, a tę lipę wiatr wielki w roku 1707 wywrócił. A ten Matias pielgrzym obraz zwyż mianowany od malarza wziąwszy, darował go do kościoła radzichowskiego, który tamże dotąd świadkiem jest, z podpisem przeopisanym. 

    Kolejny raz usłyszano o tym obrazie kilka lat później. Oto w 1712 roku piorun uszkodził wieże kościoła w Żywcu. Regina Stąporzanka zaczęła rozpuszczać wiadomości, że stało się to za sprawą tego, że obraz NMP z ołtarza brackiego usunięto, a tam wstawiono inny. Aby uwiarygodnić swoje proroctwa, postanowiła dokonać... cudu. Jak pomyślała, tak też uczyniła. 17 kwietnia 1712 roku w niedzielę trzecią po Wielkiej Nocy, po nabożeństwie schowała się w kościele i postanowiła nowy obraz ukraść, a na jego miejsce wstawić, wybrany przez siebie, czyli ten z Radziechów, obraz fundacji Matiasa z  Pietrzykowic. Niestety zamiar się nie udał, gdyż na przeszkodzie stanęły... gwoździe, którymi nowy obraz do ołtarza był przytwierdzony. Niedoszła „cudotwórczyni” nie znalazła zrozumienia u współmieszkańców i dla ochłonięcia zamknięto ją na kilka dni w więzieniu miejskim.