środa, 1 kwietnia 2026

Baczyński polski Stradivarius

 




Prawda historyczna mówi o tym, że człowiek żyje tak długo, jak trwa o nim pamięć. 

Boleśnie przekonują się o tym możni ludzie i politycy, którzy pomimo bogactwa i wpływów za życia szybko ulatują z pamięci, gdyż ich wpływy i majątek po śmierci przejmują inni. Inaczej dzieje się z twórcami czy artystami. Oczywiście i oni mają swoje „pięć  minut”, a ich miejsce zajmują kolejni, jednak zostaje po nich dorobek. Ta wartość dodana do ich życia sprawia, że nawet po latach zapomnienia można przywrócić ich do pamięci, a tym samym nadać im drugie życie. 


Drugie życie Baczyńskiego

Jedną z takich osób jest Władysław Baczyński sławny lutnik z Łodygowic, którego instrumenty muzyczne zyskały sławę w europejską tak mocną, że przyrównywano do go Stradivariusa. Sława Baczyńskiego, tak jak wielu przed nim twórców, umarła wraz z jego śmiercią. Nawet w rodzinnych Łodygowicach nikt nie miał świadomości, że ten sławny lutnik to ich rodak. 

Na szczęście pamięć o tym twórcy przywrócił współczesnym pasjonat muzyki i miłośnik historii Grzegorz Kaproń, który na łamach The STRAD, miesięcznika muzycznego wydawanego w Londynie, przedstawił jego życie i twórczość. 



- W 1917 roku węgierski skrzypek i żołnierz Marczi Zöldy w prywatnym liście do Władysława Baczyńskiego nazwał go „mistrzem skrzypiec i artystą duszy”. Dziesięć lat później polski skrzypek i nauczyciel muzyki Edmund Giżejewski zaliczył go do trzech najwybitniejszych lutników początku XX wieku działających w Polsce, obok Gustava Häusslera w Krakowie i Tomasza Panufnika w Warszawie. Dennis G. Plowright w swojej książce z 2000 roku „Violin and Bow Makers Past and Present” docenił jakość skrzypiec Baczyńskiego „Opus 170” z 1913 roku, choć przyznał, że niewiele wiedział o ich twórcy. W prywatnych rozmowach muzycy i lutnicy często nazywają Baczyńskiego „polskim Stradivariusem”. Paradoks polega na tym, że w latach jego młodości Polska nie znajdowała się na mapach Europy- ocenia Grzegorz Kaproń na łamach miesięcznika The STRAD .


Łodygowickie korzenie

Historia tego sławnego lutnika rozpoczyna się w Łodygowicach. Jego rodzice sprowadzają się do Łodygowic w połowie XIX wieku z Limanowej. Rodzina mieszkała pod numerem 74. Ta lokalizacja nie była przypadkowa, gdyż była to kuźnia należąca zamku. Marcin Baczyński dzierżawił ją najpierw od właściciela Łodygowic dr Maksymiliana Lüttwitza, który był szpiegiem pruskim, a po jego uciecze i sprzedaży majątku w 1866 roku podpisał umowę Clementiną Primavesi de Weber. 



Jak wynika z ksiąg parafialnych, 25 czerwca 1866 kowalowi Marcinowi Baczyńskiemu i jego żonie Ludwice z d. Werner urodził się syn „Ladislaus Petrus” . Warto zwrócić uwagę, że rodzice nadali mu dwa imiona, co w tamtych czasach należało do rzadkości. 



Niewiele wiemy o pierwszych latach życia Władysław Piotra Baczyńskiego. Możemy przyjąć za pewnik, że chodził do szkoły podstawowej w Łodygowicach. W tym czasie jej kierownikiem był Franciszek Mamak, który również miał swoje korzenie w Limanowej i jak wynika z dokumentów, był spowinowacony z Baczyńskimi. Czy jednak Mamak był jego pierwszym nauczycielem, nie możemy potwierdzić, gdyż był on kierownikiem szkoły w Łodygowicach na pewno od 1877 roku. Na tym etapie badań nie udało się dotrzeć do dokumentów potwierdzających zdobyte przez Władysława Baczyńskiego wykształcenia, ani też gdzie go zdobył. Najbardziej logicznym wydaje się, że swoja naukę kontynuował w Bielsku w Państwowej Wyższej Szkole Realnej przy ówczesnej ul. Schiesshausstrasse (Strzelniczej). Tam przygotowywano młodzież do studiów technicznych oraz pracy w handlu i rzemiośle . 


Kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej 

Rodzina Baczyńskich dzierżawi kuźnie w Łodygowicach do 1899 roku. W tym czasie miejscowość przeżywa prawdziwą rewolucje technologiczną za sprawą kolei. Jak wiadomo, w 1878 roku przez Łodygowice przechodziła kolej. C.K. Uprzywilejowanej Kolej Północnej Cesarza Ferdynanda (k.k. Privilegirte Kaiser-Ferdinands-Nordbahn, w skrócie KFNB), która połączyła miasta Bielsko i Żywiec. Trzy lata po zakończeniu budowy otwarto w Łodygowicach stację towarową i przystanek osobowy. Natomiast 1887 roku powstaje tu pełnoprawna stacja kolejowa. Trudno powiedzieć, na ile te wydarzenia mają wpływ na wybory życiowe Władysława. Jednak w 1887 roku 21-letni Baczyński został asystentem urzędnika kolejowego w biurze rachunkowym krakowskiej dyrekcji ruchu drogowego. Dodatkowo, po godzinach oddaje się swojej pasji. W krakowskiej pracowni Gustava Häusslera gdzie uczy się lutnictwa. 



Trudny start w rodzinne życie 

Młody kolejarz mieszka w Krakowie przy ulicy Lubicz 40, tam poznaje i poślubia 16-letnią córkę sąsiada, Józefę Emmę. Mają dwoje dzieci. Niestety los go nie oszczędza. Władza kolei służbowo przeniosła go do Stanisławowa. W tym czasie umierają jego dzieci. Żona chora na gruźlice rodzi kolejną córkę. Niestety w 1898 obie już nie żyją.  

Ten rok wydaje się być przełomowym w jego życiu. Władysław żeni się kolejny raz i zaczyna bardzo poważnie traktować dotychczasową pasję, czyli lutnictwo.  

Do 1900 roku wykonał dwanaście instrumentów. Nie mając jednak pewności, że będzie mógł utrzymać się z prowadzenia warsztatu, kontynuował pracę jako kasjer na dworcu kolejowym. Nie zaniedbywał również obowiązków domowych, które zwiększyły się dzięki zarządzaniu kamienicą przy ul. Siemiradzkiego 16, a także stale powiększającej się rodzinie. W Krakowie Baczyńscy doczekali się trojga dzieci: Adama Jana (1890–1957), Zofii Marii (1901–1993) i Włodzimierza Gustawa (1903–1961) - informuje Grzegorz Kaproń. 


Wyjazd czy ucieczka?

Niespodziewanie w 1904 roku Władysław wyjeżdża do Nowego Jorku. Podobno do tego kroku nakłonił go poznany wcześniej Henry Kessler, grający wówczas w orkiestrach teatru na Broadwayu. Dzięki niemu i listom polecającym, zaraz po przyjeździe we wrześniu 1904 roku trafił pod skrzydła Heinricha (Henry'ego) Richarda Knopfa (1860–1939), który prowadził renomowany warsztat. 

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że na jego szybki wyjazd do USA mogła mieć wpływ sprawa malwersacji do jakiej doszło na stacji głównej w Krakowie. Jak wynika z informacji prasowych, jego kolega Leon Wilczek dopuszczał się fałszowania pokwitowań. Jak tłumaczył: Nie miał zamiaru pobranych kwot sobie przywłaszczyć, uważał je tylko za chwilową pożyczkę, którą byłaby została pokrytą przy ostatecznem obliczeniu . Właściciele kolei uznali, że działalność pożyczkowa nie jest w zakresie świadczonych usług i skierowali sprawę do sądu. Temida oceniła, że występek nie był duży, a samowolny pożyczkobiorca zwrócił od razu część przywłaszczonych środków i dlatego skazała go tylko na miesiąc więzienia. Trudno mi dzisiaj bez dokumentów wyrokować, czy i w jaki sposób zamieszany w ten proceder był Baczyński.

Fakty mówią, że:

Po pierwsze: Władysław pracował razem z Wilczkiem.

Po drugie: Wniesiono sprawę sądową przeciwko im obu. 

Po trzecie: Sąd skazał Wilczka w styczniu 1905 i odnotował, że Baczyński uciekł do USA 1904 roku.

Po czwarte: 1906 roku Baczyński wraca. 

Po piąte: Władysław nie ukrywa się, nie zmienia nazwiska, a wymiar ścigania, ani sąd nie interesuję się jego osobą. 

Z tej faktografii nasuwają się dwa wnioski. Pierwszy, że Władysław Baczyński był po prostu niewinny(!) i drugi mówiący o ty, że po powrocie z USA Baczyński mógł polubownie dogadać się z koleją, wyrównać straty z nawiązką i tym samym zamknąć tę kwestie. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczy, że są to tylko domysły(!) autora nie poparte żadnymi dokumentami. 


Lwów nowym domem 

Władysław z rodziną w Krakowie długo nie zagrzał miejsca. Z danych zgromadzonych przez Grzegorza Kapronia wynika, że rozważał on osiedlenie się w USA na stałe, o czym świadczy przyjazd tam jego żony i dzieci. Jednak w grudniu 1906 roku Baczyński postanowił przenieść się z rodziną nie do USA tylko do Lwowa. Decyzja i wybór miejsca nie były przypadkowe: Lwów mógł ze względu na działającą tam operę spełnić jego zawodowe ambicje i dać poczucie stabilizacji całej rodzinie

Baczyński był w swoim żywiole. W 1907 roku wykonał około 20 instrumentów smyczkowych. Otrzymał listy pochwalne od Karola Wierzuchowskiego, Maurycego Wolfsthala i Marcelego Steina. 

We Lwowie mieszkał m.in. w lokalu w kamienicy przy ulicy Sokoła 3, położonym w pobliżu konserwatorium. W 1910 roku Baczyński wstąpił do powstającego Związku Lutników Monarchii Austro-Węgierskiej z siedzibą w Wiedniu. Dwa lata później zdobył pierwszą nagrodę i złoty medal za instrumenty muzyczne na międzynarodowej wystawie w Budapeszcie. W 1913 roku wstąpił do Związku Lutników Niemieckich z siedzibą w Berlinie.


Baczyński wykonał w ciągu swojego życia 283 instrumenty smyczkowe. Co ciekawe, do ich wyrobu używał odpowiedniego drewna rezonansowego świerka lub jaworu, często pochodzącego ze starych, zburzonych kościołów.

Ja podkreślają specjaliści jego instrumenty cechuje precyzyjne wykonanie, subtelnie rzeźbiona główka i indywidualne oznaczenia, w tym ręcznie pisana etykieta z podpisem. Zmarł we Lwowie w 1935 roku. Został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim. W pośmiertnym artykule Stanisław Starzykowski, na łamach „Kuriera Lwowskiego” 12 czerwca 1935 r. stwierdził, że życie Baczyńskiego mogło dawać przykład poprzez wrodzoną etykę. Spokojny, zrównoważony, bezinteresowny, zawsze podążał za szlachetnym podszeptem serca i sumienia. Odznaczał się nieskończoną dobrocią i niewyczerpaną życzliwością wobec ludzi. 



Przy pisaniu tego artykułu czerpałem całymi garściami z wyników badań Pana Grzegorza Kapronia, któremu w tym miejscu raz jeszcze dziękuję za ich użyczenie Jacek Kachel 




wtorek, 31 marca 2026

 Filmowa Schalraffia wraca 



Już niedługo na nowo ożyje filmowy świat początku XX wieku oraz bielsko-bialskiej masonerii, a wszystko za sprawą Fabryki Sensacji Proszyk & Kachel.

SCHLARAFFIA REAKTYWACJA czyli sFERMENTowana MASONERIA BIELSKA I BIAŁEJ. W filmowym sosie - to tytuł najnowszej propozycji Fabryki Sensacji, czyli duetu Proszyk i Kachel. Pokaz 20 kwietnia o godzinie 18:00 na deskach Teatru Polskiego rozpocznie tegoroczny Festiwal Kabaretowy Fermenty. 

Na historyczny warsztat panowie wzięli dwa tematy – niby osobne, ale łączące się ze sobą. 


Masoński ślad 

Hotel Pod Czarnym Orłem przed laty był siedzibą lokalnej organizacji masońskiej. Wolnomularze upodobali sobie to miejsce i oficjalnie krzewili tam dobry humor i zabawę zakrapianą sporą dawką dobrych trunków. Mowa tu oczywiście o członkach Stowarzyszenia Schlaraffia. 

- Wchodząc do środka, zostawiamy za sobą codzienne życie, świat wulgarny - przekonywali nasi weseli masoni, którzy przestrzegali ścisłych zasad: dbali o humor i sztukę, a w ich gronie zawsze byli artyści i osoby lubiące się po prostu dobrze bawić - mówi Jacek Kachel. 

- Celem stowarzyszenia było krzewienie kultury niemieckiej, szczególnie sztuki i humoru. Co pięć lat przedstawiciele kręgów spotykali się na wspólnym konsylium, gdzie podejmowano uchwały, dokonywano wyborów, nadawano nominacje - informuje dr Jacek Proszyk, który zgłębił historię Schlaraffii. 

Stowarzyszenie wydawało własny organ prasowy, używało chronologii wzorowanej na rzymskiej (lata liczyli od powstania stowarzyszenia – były to tak zwane lata puchaczowe, od puchacza - symbolu loży). 



- Na początku działalności bielska loża miała siedzibę w hotelu Pod Czarnym Orłem. W II RP działała przy ul. Chopina (dzisiejsza harcówka) – dodaje dr Jacek Proszyk. 

Jeżeli chcesz wiedzieć, jak działała Schlaraffia, jak wyglądała jej organizacja, jak można było zostać jej członkiem - to ta Fabryka Sensacji jest dla Ciebie.


Filmowy zawrót głowy

Osobnym tematem, który jednak spłata się w jedno z bielską masonerią, jest rozwój kinematografii w Bielsku i Białej - ludzie związani z X muzą byli bowiem również członkami Schlaraffi. Historycy nie tylko przedstawią dzieje kina w obu miastach, ale pokażą też filmy, którymi zachwycali się nasi pradziadkowie. 

- Wspominać będziemy o kinie działającym w hotelu Kaiserhof czy też kinie miejskim w Białej, ale również o wielu inicjatywach, które na dłuższą lub krótką chwilę zagościły na naszym terenie - informuje Jacek Kachel. 

- Zgodnie fabryczną tradycją przygotowaliśmy kilka filmów, ze znakomitymi aktorami, którzy dla dobra nauki postanowili zagrać u nas za darmo. Kto to raz zobaczy, już tego z głowy nie wyrzuci - dodaje, śmiejąc się, Kachel.

Fabrykanci zapowiadają coś z komedii, fantastykę naukową czy też obyczajówkę nakręconą w Bielsku. Ci bardziej wtajemniczeni w przygotowania boją się, że na scenie może dojść do skandalu, bo pokazany ma być również lokalny film erotyczny. Mamy jednak nadzieję, że to tylko…pogłoski. 

Na wszelki jednak wypadek osoby o głębokiej wrażliwości proszone są o wybranie innej propozycji w ramach Festiwalu Kabaretowego FERMENTY. Natomiast ryzykantów i osoby żądne wrażeń zapraszamy 20 kwietnia do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.



Warto wiedzieć, że Slaraffia to nie mit, a towarzystwo o zasięgu ogólnoświatowym – Allschlaraffia zrzesza obecnie 426 lokalnych oddziałów. 

- Początki tego stowarzyszenia sięgają Pragi, gdzie grupa artystów, spotykających się w zacisznych pokojach tawern satyryzowała ówczesną arystokrację oraz biedermeierowską politykę i cenzurę – wyjaśnia członek Allschlaraffii Gustav Poinstingl.

- Nowi członkowie Schlaraffi rozpoczynają jako giermkowie, stają się dżentelmenami, a następnie, podczas uroczystej ceremonii, pasowani są na rycerzy. Noszą zbroję, hełm (czapkę błazna) i szarfę - przypomina Jacek Kachel.  

Tak więc Fabryka Sensacji Proszyk & Kachel powraca. Przyjdź, zobacz, może i TY zostaniesz członkiem Schlaraffi. 

Do czego namawia jeden z prezesów Fabryki Sensacji Jacek Kachel.