Historia pierwszego politycznego strajku w Polsce. Samowoli i prywacie mówimy nie, a władzy przywileje odbierzemy - mówili strajkujący 45 lat temu na Podbeskidziu.
6 lutego 1981 roku doszło do podpisania porozumienia pomiędzy władzą, a Solidarnością. Rządzący widząc determinacje robotniczą, skapitulowali. Tym samym pierwszy protest robotników, którego celem nie były żądania ekonomiczne a polityczne, odniósł sukces. Dojście do tego nie było łatwe, a przywódcy zapłacili wysoką cenę.
Po podpisaniu tzw. porozumień sierpniowych w 1980 roku, radość w kraju była wprawdzie wielka, ale krótkotrwała. Już miesiąc później władze stwierdziły, że rejestracja „Solidarności” jest możliwa tylko w rejonach, gdzie podpisano porozumienia. Nastąpił czas przepychanek i granie na czas ze strony Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która chciała przeczekać ten festiwal opozycji. Licząc na to, że robotnicy zajęci troskami dnia codziennego odstąpią od dalszych roszczeń.
Spór rozgorzał ponownie w styczniu. Wszystko zaczęło się dość niepozornie podczas walki o wolne soboty, które miały być wprowadzone od stycznia 1981 roku. Władza tym razem doskonale przygotowała się do rozgrywki. Poza działaniami operacyjnymi przygotowano akcje propagandową. Wszędzie pojawiły się ulotki zniechęcające do strajku, na których obok podobizny dziecka umieszczono napis: -Nim przystąpisz do strajku, -nim wyjdziesz na ulice, -nim przyłączysz się do wichrzycieli i awanturników -Pomyśl o swoim dziecku ono czeka na Ciebie!
Również narzędzie propagandowe PZPR czyli ówczesna „Kronika Beskidzka” umieściła artykuł pod wymownym tytułem „Sobota niewykorzystanych szans”. O ile ulotka wywołała irytacje, to propagandowy artykuł - pusty śmiech. Autor artykułu użalał się nad tym, że przez wolną sobotę, aż 600 popularnych maluchów nie zjechało z taśm monterskich. Warto przypomnieć, że w tamtym czasie na maluch mogli liczyć bez większych problemów członkowie PZPR, Milicji, SB, jak również specjalne talony na zakup mogli otrzymać np. górnicy czy lekarze. Dla zwykłego robotnika fiat 126p był dobrem trudnym do zdobycia. W tym samy czasie, gdy władze specjalnie przeciągały sprawę wolnych sobót, stało się coś czego nikt nie był w stanie przewidzieć. Oto gdy w całym kraju strona związkowa zajmowała się, tak jak chciały organy partyjne, skróceniem tygodnia pracy, w Bielsku-Białej pod wodzą Patrycjusza Kosmowskiego robotnicy postanowili pójść o krok dalej i złożyli polityczne postulaty.
24 stycznia 2006 roku miałem możliwość zapytania legendarnego przywódcy tamtego strajku, Patrycjusza Kosmowskiego, jak to wyglądało z jego perspektywy. Wszyscy wiedzieliśmy o nieprawidłowościach władzy na naszym terenie, o wspaniałych willach, prywacie i grabieniu publicznych pieniędzy przez rządzącą ekipę. Kropla przelała czarę, kiedy dowiedzieliśmy się, iż w Zawoji pobito naszego działacza. Nie mogliśmy tego tak zostawić, gdyż mieliśmy pewność, iż takie działanie było inspirowane przez władzę. Podczas zebrania regionu, stwierdziłem, że skoro ryba psuje się od głowy, to należy ją odrąbać! Postanowiliśmy za jednym razem wymienić całą ekipę: wojewodę, komendanta policji, szefa milicji i partii. Nie byliśmy odpowiednio do tego przygotowani, jednak zebrane udokumentowane zarzuty przekazaliśmy do ministerstwa. Komisja rządowa obiecała, że gdy się zapozna z nimi i stwierdzi ich zasadność to przyjedzie do nas i naprawi błędy. Jednak czas mijał, a komisja nie odpowiadała, liczący chyba, że cała sprawa rozejdzie się po kościach. Z tego powodu zorganizowaliśmy strajk ostrzegawczy, a gdy i po nim nie było odzewu, strajk generalny- wspominał Patrycjusz Kosmowski.
Kiedy strona rządowa zbagatelizowała wezwanie do rozmów, 27 stycznia ogłoszono strajk. W szczytowym momencie przystąpiło do niego prawie 200 000 robotników z całego regionu. Robotnicy tym razem nie strajkowali o „kiełbasę”, ale żądali odwołania ze stanowisk partyjnych, samorządowych, a nawet przedstawicieli rządowych w terenie. Zarzucali im prywatę, oszustwa i niegospodarność połączoną ze stworzeniem mafijnej siatki wzajemnych powiązań. Kosmowski zapytany o to dlaczego wywołał strajk polityczny odpowiedział: Trzeba było mieć świadomość, iż kraj rządzony przez komunistów nie jest krajem wolnych ludzi. Wszystkie zabiegi i działania o wolną sobotę, dodatkową stówę czy kawałek kiełbasy były tylko doraźnymi działaniami nie przynoszącymi radykalnej zmiany. Tylko zdecydowane uderzenie w aparat władzy mogło przynieść oczekiwany efekt, dlatego też pewnie ten największy strajk polityczny był pomijany i zbywany milczeniem - odpowiedział Kosmowski.
Co ciekawe, kiedy władze wraz z rozszerzaniem się akcji protestacyjnej powoli miękły, przyszedł nieoczekiwany cios. Oto Lech Wałęsa w rozmowie telefonicznej krzycząc do słuchawki nakazał… zakończyć strajk. Jak przekonywał Wałęsa, cała Polska jest na was wściekła, bo gdy my walczymy o wolne soboty, wy stawiacie bezsensowne polityczne żądania. Informacje, że władze krajowe w osobie Lecha Wałęsy nie popierają strajku wywołały ferment. W wielu zakładach bardziej zachowawczy związkowcy zdezorientowani zaczęli tracić wiarę w sens walki. Władza postanowiła to wykorzystać. Za ich sprawą w zakładach pojawił się list otwarty do strajkujących, który powołując się na władze krajowe, wzywał do zaprzestania strajku. W tych okolicznościach kilka zakładów strajk… zakończyło. Jednak w tych które pozostały stanowiska robotników jeszcze bardziej się zradykalizowały. Dochodziło nawet do sytuacji, że niektórzy z zakładowych POP (Podstawowa Organizacja Partyjna) przyłączali się do protestu i wysyłali petycje do władz wojewódzkich i centralnych, aby zrealizować słuszne postulaty robotnicze. Komisja badająca zarzuty robotników uznała tylko część z 33 za zasadne. To spowodowało, że kolejne zakłady do tej pory neutralne zaczęły przyłączać się do protestu. W tych okolicznościach 2 lutego do Bielska-Białej przyjechał Lech Wałęsa, który na miejscu zapoznał się z Podbeskidzką rzeczywistością. 3 i 4 lutego trwały publiczne negocjacje z władzami, którym przez radiowęzeł przysłuchiwała się cały czas załoga. Wiceminister Koteli nie był przygotowany do rozmów i w ogóle nie orientował się, o co chodzi robotnikom. W takich okolicznościach rozmowy okazały się bezowocne. Napięcie po raz kolejny wzrosło, ale w tym czasie organizacje „Solidarności” m. in. z Małopolski i Jastrzębia zapowiedziały przyłączenie się do protestu. Od tego momentu sprawy potoczyły się błyskawicznie, tym bardziej, że do mediacji włączyli się przedstawiciele kościoła katolickiego.
Biskupi Czesław Domin i Janusz Zimniak wspólnie z biskupem Bronisławem Dąbrowskim, sekretarzem Episkopatu Polski, mediowali podczas strajku generalnego „Solidarności” na Podbeskidziu, a następnie byli gwarantami zawartego porozumienia podpisanego 6 lutego 1981 roku. Władze wojewódzkie odwołano, a skompromitowanych stopniowo odsuwano od zajmowanych stanowisk. Do akcji wkroczyła też prokuratura i NIK. Ruch kadrowy dotknął nie tylko władze samorządowe, ale również partyjne, wietrzenie kadr nastąpiło również w milicji i zakładach pracy. Wielu nieusuwalnych dyrektorów, którzy jak mówił klasyk: mój mąż z zawodu jest dyrektorem, zostało odwołanych.
- Faktycznie jeszcze tego samego dnia prezes Rady Ministrów przyjął rezygnację wojewody bielskiego Józefa Łabudka oraz wicewojewodów Antoniego Kobieli i Antoniego Urbańca. Wkrótce stracił także stanowisko prezydent Bielska-Białej, Marian Kałoń oraz wielu urzędników w administracji wojewódzkiej oraz miejskiej. Dyrektorem naczelnym FSM przestał być Ryszard Dziopak. Zmiana nastąpiła także w wojewódzkiej i miejskiej organizacji PZPR. Do odpowiedzialności karnej został później pociągnięty były komendant wojewódzki MO płk Ryszard Witek - wspomina historyk i działacz opozycji Artur Kasprzykowski.
Po drugiej stronie barykady związkowcy skonsolidowali się i poczuli siłę. Jako pierwsi w kraju wygrali przecież z władzą ludową, zmuszając ją do kapitulacji. Ta nieprzejednana postawa została im zapamiętana i władze komunistyczne z nawiązką im to odpłaciły. Po ogłoszeniu stanu wojennego związkowcy zamykani byli w więzieniach i internowani, to dla tych z Podbeskidzia przygotowano specjalny zestaw. Kiedy większość internowanych wychodziła na wolność po dwóch lub trzech latach, Patrycjusz Kosmowski, symbol tamtego strajku, zostaje skazany na sześć lat więzienia, a po wyjściu z zakładu karnego, zostaje zmuszony do emigracji do Szwecji, bez prawa powrotu.
Dzisiaj mija 45 lat od tych wydarzeń, które w sposób zasadniczy ukształtowały wielu mieszkających na Podbeskidziu ludzi, dla których zasady są ważniejsze od doraźnych korzyści.
.jpg)
.jpg)




.jpg)













.jpg)