poniedziałek, 7 września 2026

C. k. Państwowa Szkoła Przemysłowa - wrzesień 1893

 (C. k. Państwowa Szkoła Przemysłowa). Z właśnie wydanego, obszernego sprawozdania rocznego za rok szkolny 1892–93 dowiadujemy się, że ta tak szybko rozwijająca się zawodowa placówka dydaktyczna była w minionym roku szkolnym odwiedzana łącznie przez 913 uczniów. Z tej liczby przypadało:

I. na Wyższą Szkołę Przemysłową (wydział: a) mechaniczno-techniczny oraz b) chemiczno-techniczny) – 200 uczniów,

II. na szkoły mistrzowskie (dla: a) metalowców, b) młynarzy, c) tkaczy, d) farbiarzy) – 93 uczniów,

III. na kursy specjalne (dla: a) ślusarzy, b) palaczy kotłów i maszynistów, c) stolarzy budowlanych i meblowych, d) stolarzy modelowych, e) tkaczy, f) farbiarzy i apreterów, g) hafciarek) – 155 uczniów,

IV. na wydział handlowy – 102 uczniów,

V. na przemysłową szkołę uzupełniającą (dokształcającą) – 364 uczniów.

Pod względem języka ojczystego (narodowości) szkoła liczyła: 617 Niemców, 279 Polaków, 15 Czechów, 1 Węgra i 2 uczniów innej narodowości. Pod względem wyznania religijnego było to: 535 katolików, 238 ewangelików, 139 izraelitów (żydów) oraz 2 grekokatolików.

Wyniki 745 uczniów, którzy pozostali w szkole do końca roku szkolnego, przedstawiają się nader pomyślnie: 112 otrzymało świadectwo klasy I z wyróżnieniem, 466 świadectwo klasy I, co oznacza, że wymagania spełniło 78% uczniów; podczas gdy tylko 16% nie spełniło wymagań, a 4 uczniów, tj. 6%, pozostało nieklasyfikowanych (nieegzaminowanych).

Fundusz stypendialny c. k. Państwowej Szkoły Przemysłowej w kwocie 3500 florenów (fl.) składa się łącznie z: zapomóg (stypendiów kieszonkowych) wypłacanych w ratach półrocznych po 10–30 fl. dla wszystkich uczniów, z 2 stypendiów państwowych po 150 fl. dla wybitnych uczniów przemysłowej szkoły uzupełniającej, z 5 stypendiów państwowych po 200 fl. dla uczniów wydziału farbiarskiego, z 5 stypendiów państwowych po 200 fl. dla uczniów wydziału mechaniczno-technicznego oraz z 2 stypendiów krajowych po 200 fl. dla uczniów wydziału farbiarskiego.

Grono pedagogiczne składa się, oprócz dyrektora, z 26 nauczycieli, a mianowicie: 2 kierowników wydziałów, 13 profesorów, 3 nauczycieli rzeczywistych.. .1 prowizorycznego nauczyciela, 3 zastępców (suplentów) i 4 asystentów, do czego dochodzi jeszcze 4 mistrzów rzemiosła (instruktorów zawodu) oraz 2 nauczycieli pomocniczych, dzięki czemu nauczanie (teoretyczne i praktyczne) prowadzone jest łącznie przez 36 osób. Spośród nich 3 pełni funkcję komisarza rządowego ds. inspekcji przemysłowych szkół dokształcających, jeden jest c. k. komisarzem ds. badania kotłów, a jeden zaprzysiężonym chemikiem sądowym.

Nadzwyczajna działalność kadry pedagogicznej c. k. Państwowej Szkoły Przemysłowej w Bielsku obejmuje, oprócz prac naukowych i publikacji w czasopismach branżowych, opracowywanie podręczników, wzorników i innych pomocy naukowych, a ponadto sporządzanie opinii rzeczoznawców oraz analiz technicznych. Temu ostatniemu celowi służy wyłącznie „chemiczna stacja badawcza c. k. Państwowej Szkoły Przemysłowej w Bielsku”, w której w ciągu minionego roku szkolnego wykonano 304 techniczno-analityczne badania dla osób prywatnych (a od początku istnienia stacji badawczej już 2676), a ponadto zrealizowano 430 analiz wody studziennej na zlecenie gminy miejskiej Bielsko.

Egzaminowi dojrzałości (maturze) pod przewodnictwem pana c. k. radcy rządowego, prof. dr.  von Bergera, poddało się 38 kandydatów, z których 34 uznano za dojrzałych (w tym 5 z wyróżnieniem), 3 otrzymało poprawkę na 2 miesiące, a 1 na rok.

Zapisy na rok szkolny 1893/94, który dla wszystkich wydziałów szkoły dziennej (wyższej szkoły przemysłowej i szkoły mistrzowskiej) rozpoczyna się 16 września, a dla kursów specjalnych, wydziału handlowego i przemysłowej szkoły dokształcającej 1 października, odbędą się w dniach od 10 do 14 września w kancelarii dyrekcji; przyjmowane będą jednak również zgłoszenia pisemne. (Opłata wpisowa wynosi 1 floren).

Czesne płatne z góry za półrocze wynosi dla wyższej szkoły przemysłowej 7 florenów, a dla szkoły mistrzowskiej 6 florenów za semestr. Ubodzy, a godni uczniowie są zwalniani z opłaty czesnego przez c. k. Rząd Krajowy na wniosek grona pedagogicznego. Osoba ubiegająca się o przyjęcie musi przedłożyć świadectwo z ostatnio ukończonej szkoły wraz z ustawową klauzulą odejścia, a ci, którzy uczyli się zawodu praktycznie (szkoła mistrzowska), muszą przedstawić również świadectwo z praktyki zawodowej. Ponadto rodzice lub ich zastępcy prawni są zobowiązani do osobistej obecności podczas wpisu.


czwartek, 3 września 2026

Górale z Żywiecczyzny parali się zbójnictwem nawet w XX wieku

 


Przyzwyczailiśmy się do tego, że zbójnicy i ich okrutne, a zarazem barwne życie na terenie Żywiecczyzny to okres staropolski, doskonale opisany przez wójta Andrzeja Komonieckiego. W dotychczasowej powszechnej świadomości królował pogląd, że kres temu procederowi przyniosły dopiero wojska cesarstwa Habsburgów, które trafiły tutaj po pierwszym rozbiorze Polski.O tym, że stawianie takiej tezy jest całkowicie błędne, przekonuje dr Andrzej Adam Majewski z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W „Roczniku Babiogórskim” z 2025 roku (tom 26) opublikował on artykuł pt. „Działalność band rabunkowych z Korbielowa na słowackiej Orawie od połowy XIX do połowy XX wieku w świetle przekazów ustnych”.

Zbójnicy z Korbielowa i okolic

„Korbielów i jego najbliższe okolice, podobnie jak cały Beskid Żywiecki, mają bogate tradycje zbójnictwa góralskiego. Stare legendy głoszą, że początki tego zjawiska społecznego w rejonie Korbielowa przypadają na drugą połowę XV wieku, kiedy u północno-wschodnich podnóży Pilska (1557 m n.p.m.) powstały pierwsze osady wołoskie. Ich mieszkańcy oprócz pasterstwa trudnili się także rozbojem” – rozpoczyna swój artykuł dr Andrzej Adam Majewski.

Historyk nie tylko przypomina najsłynniejszych górali parających się zbójnictwem przez wieki, ale przedstawia również nieznanych szerzej zbójników z przełomu XIX i XX wieku. Robi to z bibliograficzną precyzją i barwnym językiem, pisząc na przykład: „Silne piętno na życiu i postępowaniu Jana Majewskiego odcisnęła jego kochanka, Agnieszka Jędrzejas (1858–1926), córka Stanisława Krzesaka – kobieta odznaczająca się nieprzeciętną urodą, lecz złym charakterem”.

Jednak prawdziwą perełką jest opis życia i zbójnickiego rzemiosła niejakiego Karola Mrowca, zwanego „Mysiokiem”. Człowiek ten parał się rozbojem m.in. na terenie Czechosłowacji jeszcze po II wojnie światowej. Dopiero w latach 50. XX wieku wymiar sprawiedliwości dowiedział się o przestępczej działalności Mrowca i skazał go zaocznie na karę śmierci. Jeśli chcesz wiedzieć, jak to się stało, że „Mysiok” uciekł do USA, dlaczego wybierał się na wojnę w Wietnamie i jak zakończył swój niecny żywot, odsyłam do artykułu dr. Majewskiego. Naprawdę warto!

czwartek, 27 sierpnia 2026

Niełatwe początki prądu w Bielsku

Bielsko i Biała stosunkowo szybko zostały zelektryfikowane, co zrewolucjonizowało życie mieszkańców dwumiasta. Jednak wprowadzanie tego nowoczesnego źródła energii nie należało do łatwych zadań i wiązało się z wieloma problemami.



Za oficjalną datę rozpoczęcia pracy „centrali elektrycznej” – jak wówczas nazywano tutejszą elektrownię wzniesioną przy ulicy Blichowej (obecnie Partyzantów) – przyjmuje się 17 listopada 1893 roku. Trzeba jednak pamiętać, że data ta oznacza jedynie formalne zakończenie działań inwestycyjnych, ponieważ prąd w dwumieście płynął już od kilku miesięcy.

Wszystko to stało się możliwe dzięki umowie, którą 5 października 1891 roku władze Magistratu Bielska podpisały z wiedeńską firmą Internationale Elektrizitätsgesellschaft (IEG). Na jej mocy przedsiębiorstwo otrzymało 50-letnią koncesję na produkcję i dostarczanie energii elektrycznej. Dwa lata później elektrownia już działała. Z czasem wyposażono ją w trzy maszyny parowe napędzające trzy generatory jednofazowe prądu stałego o napięciu 110 V i mocy 130 kVA każdy.

Jeszcze w tym samym roku oświetlenie elektryczne zyskało wiele budynków prywatnych oraz obiektów użyteczności publicznej. W przemyśle natomiast prąd elektryczny aż do połowy XX wieku wykorzystywany był zasadniczo wyłącznie do celów oświetleniowych – dopiero później zaczęto go używać do napędu maszyn fabrycznych 

Rok 1893: Miasto jak wielki plac budowy

Warto prześledzić, jak krok po kroku przebiegała elektryfikacja dwumiasta w 1893 roku. Pierwszy wyraźny sukces odnotowano 4 lipca, kiedy zakończyły się prace nad montażem oświetlenia elektrycznego w „Café Allegri” – pierwszej placówce zasilanej bezpośrednio z nowej elektrowni. Wybór tego niezwykle popularnego miejsca nie był przypadkowy. Kawiarnia o iście wiedeńskim klimacie stanowiła idealną przestrzeń do promocji nowego źródła energii.

Już dwa dni później, 6 lipca, elektryczność stała się głównym tematem posiedzenia Rady Miejskiej w Bielsku. Na wniosek sekcji budowlanej, przedstawiony przez radnego dr. Münza, postanowiono przyjąć propozycje Towarzystwa IEG. Dotyczyły one podziemnego układania kabli w północnych ciągach ulicznych oraz napowietrznego (nadziemnego) prowadzenia linii na ulicach: Tunelowej (Tunnelstraße), Haasego (Haasestraße – obecnie ul. Listopadowa) i Strzelniczej (Schießhausstraße – obecnie ul. Słowackiego). Na tej ostatniej kable poprowadzono od budynku szkoły średniej aż do samej strzelnicy.

W odniesieniu do linii napowietrznych przyjęto dodatkowy wniosek: słupom kablowym należało nadać estetyczną formę, a przed rozpoczęciem montażu przedstawić burmistrzowi rysunki oraz opisy kolumn.

Miasto przypominało wówczas jeden wielki plac budowy, co rodziło niespodziewane konflikty. Doszło m.in. do sporu między robotnikami budowlanymi a inżynierem Höltschelem, który na zlecenie miasta wykonywał prace geodezyjne. Budowlańcy podczas kopania rowów nagminnie usuwali lub przesuwali tyczki geodety, przez co musiał on w kółko zaczynać swoje pomiary od nowa. Firma budowlana niespecjalnie przejmowała się jednak jego problemami i sprawnie łączyła kablami kolejne kwartały ulic.

Kolejnym obiektem, w którym rozpoczęto montaż nowoczesnego oświetlenia, była siedziba Bielsko-Bialskiego Towarzystwa Czytelniczego (Leseverein). W ówczesnych dokumentach czytamy:

„Zamiast dotychczasowych 50 płomieni gazowych, lokale towarzystwa otrzymają 60 elektrycznych żarówek. Dodatkowy koszt ma wynosić blisko 600 florenów rocznie”.

Cenniki, rabaty i walka o klienta

W sierpniu 1893 roku prace przeniosły się do Białej. Już 3 sierpnia układanie kabli dotarło do placu Józefa (obecnie Stary Rynek). Centrala elektryczna poinformowała, że liczba dokonanych zgłoszeń pozwala spodziewać się optymalnego zużycia energii i zapowiedziała, że od 13 sierpnia rozpocznie stałe zaopatrywanie miast w światło oraz dostarczanie mocy napędowej dla lokalnych rzemieślników.

Ówczesne ceny energii kształtowały się następująco:

3 krajcary (kr.) za 50 woltoamperów (VA) za godzinę świecenia żarówki o sile 16 świec standardowych;

2 krajcary za godzinę świecenia żarówki o sile 10 świec normalnych;

24 krajcary za lampę łukową o natężeniu 8 A przy zużyciu prądu rzędu 400 W na godzinę;

30 krajcarów za lampę o natężeniu 10 A;

36 krajcarów za lampę o natężeniu 12 A.

Elektrownia szczegółowo instruowała swoich odbiorców: jednorazowy koszt instalacji w przeliczeniu na jedną żarówkę (o żywotności 800–1000 godzin) wynosił od 7 do 10 florenów (złotych reńskich), natomiast cena zakupu samej żarówki to 60 krajcarów.

Przy przesyłaniu energii do celów napędowych cena wynosiła połowę stawki za światło. Ponadto przy silnikach elektrycznych pracujących ponad 1000 godzin rocznie przyznawano od 10 do 40% rabatu na prąd oraz dodatkowe 25% bonifikaty, jeśli konsumenci w miesiącach zimowych zawieszali pracę urządzeń w godzinach wieczornych (między 16:00 a 22:00). Cena za jeden koń mechaniczny (Pferdekraft) za godzinę wynosiła, w zależności od warunków eksploatacji, od 10 do 16 krajcarów za faktycznie zużytą energię.

Jak widać, właściciele Centrali Elektrycznej nastawiali się nie tylko na odbiorców indywidualnych, ale oferowali też atrakcyjne zniżki klientom komercyjnym. Firma dbała o marketing – w ramach promocji swoich usług 29 września 1893 roku przeprowadzono próbne oświetlenie bielskiego kościoła katolickiego. Na żyrandolu oraz na chórze organowym umieszczono kilka żarówek. Ówczesna prasa donosiła, że „próby wypadły bardzo zadowalająco”.

Tramwajowa sensacja i teatralna klapa

I choć oficjalnie wszyscy garnęli się do nowego źródła energii, pomysłodawcy stale szukali stałego i pewnego zbytu dla wyprodukowanego prądu. Prawdziwą sensacją stała się informacja z 3 października o nowatorskim projekcie kolei elektrycznej – czyli tramwajów. Towarzystwo Elektryczne zapowiedziało, że w jego imieniu o koncesję ubiegać się będzie Max Bernaczik. Koszt inwestycji szacowano na 250 000 florenów. Co ciekawe, w pierwszym projekcie zaproponowano, aby trasa prowadziła z dworca do Wapienicy oraz w kierunku Cygańskiego Lasu, z uwzględnieniem bocznic towarowych przy fabrykach.

W tym samym czasie niezamierzoną akcję promocyjną (zachęcającą do przełączenia się z własnych agregatów na prąd miejski) zafundował... Teatr Miejski  podczas wystawiania „Fausta”. Przedstawienie okazało się kompletną klapą organizacyjną – obok problemów z orkiestrą i kurtyną, w kluczowym momencie oświetlenie elektryczne czerpane z teatralnych agregatów całkowicie odmówiło posłuszeństwa 

Prąd oszukuje? Powrót do gazu 

Nowa technologia miewała też bolesne wpadki. Wspomniane wcześniej Towarzystwo Czytelnicze szybko pożałowało zmian. Lokalna prasa pisała bez ogródek:

„Dwumiesięczne użytkowanie prądu w Czytelni (Leseverein) wykazało, że żarówka 16-świecowa daje słabsze i bardziej punktowe światło niż dawne palniki gazowe. Co najważniejsze, technologia ta okazała się o 100 procent droższa niż gaz (w listopadzie wydano 234 florenów na prąd wobec 125 florenów za gaz rok wcześniej). Liczniki oszukiwały, naliczając pobór nawet przy zgaszonych lampach. Wobec tych uchybień prognozuje się powrót do łask nowoczesnego gazowego światła żarowego Auera”.

Mimo takich potknięć rewolucji nie dało się już zatrzymać. 24 października c. k. Starostwo Powiatowe dokonało oficjalnej kolaudacji centrali elektrycznej wraz z ułożonymi liniami kablowymi. Widząc profesjonalizm i sprawność firmy, Rada Miejska w Bielsku 14 grudnia 1893 roku wydała zgodę na koncesję przygotowawczą dla kolei elektrycznej. Budowa linii tramwajowej zaczęła przybierać realne kształty.

Bilans postępu na koniec roku był imponujący. Jeden z publicystów podsumował techniczną rewolucję w Bielsku, wskazując na jednoczesne ogrzewanie gazowe oraz elektryczne światło w kościele parafialnym jako na namacalne, piękne znaki współczesnego postępu cywilizacyjnego.


czwartek, 20 sierpnia 2026

Awantura i „Wielka wpadka” z polowaniem na wilka w Straconce

Końcem lipca 1893 roku ogromne poruszenie wywołała dramatyczna wiadomość o grupie siedmiu wilków grasujących w lasach wokół Straconki. Jedna z gazet szczegółowo opisała bohaterski wyczyn arcyksiążęcego gajowego Włodarczyka, który miał kilkoma celnymi strzałami ubić w pobliżu wiejskiej szkoły „krwiożerczą bestię”, która wcześniej zaatakowała krowy i pogryzła pięć psów we wsi.

Dwa dni później redakcja musiała jednak opublikować kompromitujące sprostowanie: rzekomy groźny wilk okazał się w rzeczywistości niewinnym, rasowym i niezwykle cennym psem myśliwskim (ogarem) jednego z wyższych urzędników leśnych arcyksięcia z Żywca, który po prostu uciekł swojemu panu. Cała bohaterska saga okazała się gigantyczną, komiczną wpadką miejscowych gajowych.


piątek, 14 sierpnia 2026

Powiat z Bielska do…Skoczowa w 1893 ?!

Mało kto dzisiaj pamięta, że w 1893 roku reprezentacja gminy miasta Skoczów (Skotschau) złożył wniosek w Wiedniu w sprawie przeniesienia tam siedziby c. k. Starostwa Powiatowego z Bielska.  

Przeciwko celowości tego żądania wysunął radny miejski dr Markusfeld specjalny referat, który przedstawił w sierpniu na posiedzeniu Rady Miejskiej w Bielsku. 

Przeciwko żądaniu pozbawienia Bielska statusu stolicy powiatu – miejsca, które przez dziesięciolecia było stałą siedzibą władz administracyjnych oraz stanowiło centrum wszelkich intelektualnych, kulturalnych i gospodarczych instytucji regionu – musi zaprotestować nie tylko samo miasto Bielsko, ale cały powiat. Okoliczności, które pierwotnie decydowały o wyborze Bielska na siedzibę c. k. Starostwa Powiatowego, są aktualne również dzisiaj, a jedyny kontrargument w postaci korzystniejszego geograficznie położenia Skoczowa nie może się ostać. Skoro już pierwotnie peryferyjne położenie Bielska na skraju powiatu nie stanowiło ku temu przeszkody, to po powstaniu połączeń kolejowych z Ustroniem (Ustron), Skoczowem (Skotschau) i Strumieniem (Schwarzwasser) w ramach Kolei Północnej (Nordbahn) stanowi ono dzisiaj jeszcze mniejszy problem. I jeśli obecnie podróż z zachodnich i południowo-zachodnich miejscowości powiatu wiąże się dla ich mieszkańców z pewną niedogodnością, to przy zmianie status quo niedogodność ta zostałaby po prostu przerzucona na gminy leżące na północnym wschodzie. W samym Bielsku populacja licząca 14 000 mieszkańców, wraz z różnorodnymi operacjami bankowymi, teatrem oraz życiem prasowym (gazetami) itp., bezwzględnie wymaga obecności c. k. urzędu.. ...Starosty Powiatowego na miejscu jako komisarza państwowego i instancji powołanej do cenzury teatralnej oraz prasowej. Współdziałanie c. k. Starostwa Powiatowego jest o wiele bardziej nieodzowne jako organu rzemieślniczego i budowlanego tam, gdzie urząd burmistrza autonomicznego miasta mógłby uchodzić za stronniczy – czyli w mieście tętniącym pracą, bogatym w przemysł, niż w liczącym zaledwie 3200 dusz rolniczym miasteczku Skoczów.

Dr Markusfeld genialnie odpiera argument o „odległości”. Wskazuje, że dzięki gwałtownemu rozwojowi sieci kolejowej pod koniec XIX wieku (w tym linii łączących Skoczów, Ustroń czy Strumień z Bielskiem), dojazd do stolicy powiatu przestał być problemem dla mieszkańców prowincji. Na koniec wysunięto bardzo życiowy, wręcz elitarny argument – urzędnicy państwowi przysyłani z Wiednia czy Opawy po prostu nie chcieliby mieszkać w małym Skoczowie, ponieważ pozbawiłoby to ich rodziny dostępu do wielkomiejskiego życia, kawiarni, teatrów i elitarnych szkół, które oferowało wyłącznie Bielsko.



poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Hotel President powraca

 



Na mapę turystyczną Bielska‑Białej powraca historyczny Hotel President. Ten luksusowy obiekt powstał w ostatniej dekadzie XIX wieku, nosił wówczas nazwę Kaiserhof (cesarski dwór). Funkcje hotelowe pełnił przez ponad sto lat, od kwietnia tego roku zaprasza ponownie w swoje progi.


 



Obecnie ten czterogwiazdkowy obiekt oferuje 39 komfortowych pokoi, w tym dwa przestronne apartamenty. Każdy z nich został urządzony indywidualnie, z zachowaniem niepowtarzalnego charakteru miejsca. Wrażenie robią także imponująca klatka schodowa oraz zabytkowa winda.



Ważną częścią obiektu jest restauracja, otwarta codziennie do godziny 22.00 (również dla gości z zewnątrz). W jej menu znajdują się dania kuchni polskiej, bogaty wybór napojów: win, herbat, kawy oraz autorskie desery. Wakacyjną ofertę uzupełniają rzemieślnicze lody.


 



– Z okien hotelu rozciągają się widoki na Beskidy, Zamek Sułkowskich, reprezentacyjną ulicę 3 Maja oraz zabytkowe bielskie kamienice. Wysokie i szerokie korytarze, zabytkowa winda, historyczne mury i starannie dobrane wyposażenie sprawiają, że obecność w Hotelu President przywołuje klimat dawnych europejskich hoteli, często porównywany do atmosfery Wiednia – przedstawia zalety hotelu jego dyrektorka Anna Korpanty. – Hotel President dziś stawia na kameralność, wysoką jakość oraz indywidualne podejście do każdego gościa. To odpowiednie miejsce zarówno dla miłośników kultury i sztuki, artystów, jak i osób, które chcą połączyć miejski wypoczynek z bliskością Beskidów. Dodatkowym atutem jest nowoczesna strefa relaksu z sauną oraz salą fitness – dodaje.


 



Obiekt rozwija również ofertę dla biznesu, przygotowując sale i przestrzenie do organizacji konferencji, spotkań oraz bankietów. Ponownie otwarty Hotel President wyróżnia się na tle dużych, nowoczesnych obiektów, oferując coś, czego nie da się stworzyć od podstaw – autentyczną atmosferę miejsca z duszą i ponad stuletnią historią. W następnych etapach hotel będzie udostępniał kolejne przestrzenie, które dzisiaj nie są jeszcze dostępne dla odwiedzających. Kierownictwo podkreśla, że przykłada dużą wagę do tradycji oraz historii i zamierza w swojej ofercie nawiązywać do lokalnych dziejów oraz szczytnego miana małego Wiednia.


 



Warto przypomnieć, że historia obiektu rozpoczyna się na przełomie lat 1892/1893. Kaiserhof, czyli Cesarski Dwów – bo tak brzmiała jego pierwotna nazwa – został wzniesiony według projektu słynnego bielskiego budowniczego Karola Korna. Luksusowy hotel w pobliżu dawnego traktu z Wiednia do Krakowa, przy drodze zwanej cesarką, nazwano na cześć Franciszka Józefa I. Przyjmuje się, że nazwę na Prezydent zmieniono w 1922 roku, aby uczcić pamięć pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej, Gabriela Narutowicza. Jednak część historyków sugeruje, że zmiana dokonała się wcześniej i była związana z prezydentem USA Thomasem Woodrowem Wilsonem, który 8 stycznia 1918 roku ogłosił konieczność powstania niepodległego państwa polskiego z dostępem do morza.


Cesarski hotel stanął nad tunelem oddanej do użytku w 1878 roku linii kolejowej do Żywca, na głębokich, liczących 12 metrów fundamentach. Posiadał luksusową restaurację, jego obszerne sale wynajmowały na swoje wiece, spotkania czy jubileusze różne organizacje społeczno‑polityczne. Organizowano tu wielkie bale i bankiety. To właśnie tutaj po raz pierwszy w Bielsku wyświetlano filmy.


 


W jednej z reklam z początku XX wieku czytamy: Hotel I klasy, całkowicie nowo urządzony, 5 minut od dworca kolejowego, omnibus przy każdym pociągu, 50 pokoi i salonów od 2 koron wzwyż, oświetlenie elektryczne, centralne ogrzewanie, łaźnie (wanny), powozy na miejscu, kawiarnia, 3 bilardy, restauracja z elegancką salą jadalną, restauracja ogrodowa, wyśmienita kuchnia. Wina węgierskie, Ueszmélyer, własnej produkcji oraz Moorer, austriackie i zagraniczne, świeże oryginalne piwo pilzneńskie z beczki (Pilsner Urquell). Uprzejma obsługa. Szczególnie polecany dla podróżujących w interesach. Wyszynk, niskie ceny, telefon nr 205.


 


Teraz, po kilku latach przerwy, hotel na nowo gości w swoich zabytkowych murach odwiedzających stolicę Podbeskidzia.

środa, 29 lipca 2026

Remiza z historią w tle

 Budynek bialskiej remizy Ochotniczej Straży Pożarnej w dawnej Białej ma już 135 lat.


30 czerwca 1891 roku otwarto budynek remizy strażackiej w Białej. Warto podkreślić, że była to druga remiza po bielskiej, a straż (Bielitz-Bialaer Freiwillige Feuerwehr) jako organizacja funkcjonowała dla obu sąsiadujących miast.



– Był to okazały ceglany budynek projektu Karola Korna, wzniesiony przez jego firmę w 1890 roku. Kosztował miasto sumę 30 880 florenów, z czego część pokryto z pożyczki w lokalnej Kasie Oszczędności – informował śp. dr Jerzy Polak, największy znawca dziejów straży pożarnej w mieście.

Tak o tym wydarzeniu pisała ówczesna lokalna gazeta: Bielsko-Biała, 30 czerwca. Święto straży pożarnej, które zostało zorganizowane w niedzielę z okazji przekazania nowego budynku remizy w Białej, cieszyło się przy sprzyjającej pogodzie niezwykle liczną frekwencją. W kolumnie strażackiej znajdowały się również delegacje zamiejscowych straży pożarnych z Cieszyna, Starego Bielska, Szczakowej, Kęt, Kóz i Żywca. Po odśpiewaniu hymnu przez oba tutejsze towarzystwa śpiewacze, burmistrz Strzygowski przypomniał historię powstania budynku remizy, przekazał go do użytku ochotniczej straży pożarnej i zakończył tysiąckrotnym, entuzjastycznie przyjętym wiwatem na cześć Jego Wysokości Cesarza jako protektora i obrońcy wszystkich instytucji użyteczności publicznej. Towarzystwa śpiewacze zaintonowały następnie pieśń chóralną »Ojczyzno moja, moja Austrio«. Podczas gdy osobistości – wśród których znajdował się również burmistrz Hoffmann z Bielska – wraz z dowództwem straży pożarnej dokonywały obchodu pomieszczeń nowego budynku i podpisywano akt erekcyjny, kapela miejska przygrywała na dawnym Świńskim Placu, który teraz na cześć ochotniczej straży pożarnej nazwano »Placem Strażackim« [Feuerwehrplatz]. Po zakończeniu aktu przekazania, w którym ze strony straży pożarnej uczestniczył komendant Reiske, pochód świąteczny ruszył w kierunku Ogrodu Weicha. W tym ładnym lokalu ogrodowym, przy wielkim ścisku ludzi, bawiono się w niezwykle ożywionej atmosferze przy muzyce koncertowej i występach pieśniarskich obu towarzystw śpiewaczych aż do późnej nocy.



Dużą zaletą remizy była bliskość naturalnego cieku wodnego oraz fabryk włókienniczych w Białej i Lipniku. Jednak sąsiedztwo rzeki Białej co jakiś czas sprawiało strażakom spore problemy. W czasie powodzi woda całkowicie zalewała plac oraz samą strażnicę.



Kiedy przyjrzymy się bliżej drzwiom remizy, zauważymy tajemniczy napis na przylegającej ścianie. Czerwoną farbą zapisano tam datę 4 sierpnia 1915 roku i odkreślono ją grubą kreską. To historyczne oznaczenie jest świadectwem ogromnej powodzi, która dotknęła wtedy cały region. Strażacy zaznaczyli w ten sposób najwyższy poziom, do jakiego dotarła wielka woda.



poniedziałek, 22 czerwca 2026

Rozmowa o Teatrze Lato z Radiem

 




W Bielsku-Białej na uwagę zasługuje m.in. Teatr Polski. - Nie wybudował go cesarz, minister, czy książę, a wyłącznie mieszkańcy Bielska oraz Lipnika. Sto trzydzieści pięć lat temu zrobili zrzutkę i sami wznieśli sobie piękny teatr - tłumaczy przewodnik Jacek Kachel. Dodaje, że właśnie tu żyło wielu multimilionerów, a samo Bielsko było najbogatszym miastem CK Austrii o historycznym przydomku "miasta stu przemysłów". - Do projektowania teatru zaproszono Wiedeńczyka, Emila von Förstera. Kurtynę i wyposażenie ściągnięto z legendarnego wiedeńskiego Burgtheater - przypomina.

Aktorką tego teatru była Klara Resiotti. Wywołała ona niemały skandal, gdy założyła męskie spodnie. - Tak "nieobyczajnie" ubrana wybrała się na "wielką wyprawę". Przeszła od siedziby teatru do Placu Chrobrego. To ok. 250 metrów. Był to pewnego rodzaju happening. Kiedy szła przez miasto, podbiegło do niej ok. 200 mężczyzn i organoleptycznie sprawdzali jak te spodnie na niej leżą. Co więcej, część z nich postanowiła zabrać na pamiątkę kawałek owej relikwii. Przerażona kobieta uciekła więc do pobliskiej kawiarni - zdradza Kachel. 

W pewnym momencie pojawiła się policja miejska i Klarę zabrano do domu, by tam się przebrała.


https://www.latozradiem.pl/post/3700295,Teatr-w-stylu-wiedenskim-Reksio-i-Muzeum-Fiata-126p-Z-czego-slynie-Bielsko-Biala






środa, 10 czerwca 2026

Panienki od Bielska

 Przypowieści o miłosiernym Samarytaninie czy o wdowim groszu były inspiracją dla mieszkanek Komorowic, które w czasie II wojny światowej niosły pomoc więźniom Auschwitz.



 28 maja w domu parafialnym w Komorowicach prof. Andrzej Linert prezentował swoją książkę pt. Z pomocą więźniom KL Auschwitz. Z Komorowic pod Bielskiem do Brzeszcz‑Boru. Jedną z bohaterek książki jest mama profesora Matylda Linert z d. Pikoń.


 Spotkanie z prof. Linertem prowadził Janusz Legoń; opowieści autora o odwadze, solidarności i niezwykłym fragmencie lokalnej historii słuchało wielu mieszkańców Komorowic i nie tylko.



 Helena Kraus, Matylda Linert, Jadwiga Błotko z d. Kołodziejczyk, Aniela Puczka, Maria Kamińska i jej córka Władysława w czasie niemieckiej okupacji z narażeniem życia dostarczały żywność, ubrania, lekarstwa i korespondencję więźniom KL Auschwitz. Więźniowie, którzy nie znali ich nazwisk, nazywali je Panienkami od Bielska. Jak szacuje historyk, osób, którym pomagały, było ok 100, wśród nich był Józef Cyrankiewicz.


 

Do tej pory szerzej znana była postawa Matyldy Linert z d. Pikoń, której imieniem nazwano jedną z ulic w Komorowicach. Teraz, dzięki pracy prof. Linerta, przypomniane zostały pozostałe kobiety z Komorowic, które pomagały więźniom KL Auschwitz.



 Pomimo ryzyka surowych kar wielu mieszkańców Ziemi Oświęcimskiej angażowało się w konspiracyjną działalność pomocową dla więźniów niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz. Przybierała ona zarówno formę indywidualną, jak i koncentrowała się w lokalnych grupach konspiracyjnych. (…) Historycy z Muzeum Auschwitz‑Birkenau ustalili około 1,2 tys. nazwisk zaangażowanych osób. - pisze we wstępie prof. Andrzej Linert. - Przykładem takiej bezinteresownej pomocy uwięzionym była działalność kilkoosobowej grupy młodych kobiet z Komorowic.


Komorowice były wówczas podbielską wsią, od Oświęcimia dzieliło je nieco ponad 30 kilometrów. Młode Komorowiczanki przez lata zajmowały się organizacją pomocy i kontaktami z uwięzionymi, dostarczając w wyznaczone miejsce żywność, ubrania, korespondencję i lekarstwa. Działały w imię solidarności i głębokich wartości etycznych.


- Niezgoda na przemoc i warunki życia więźniów, ogrom niemieckich zbrodni budziły bunt. Jego wyrazem była organizacja zbiórki żywności, lekarstw i odzieży, a także pośrednictwo w dostarczaniu zakazanej korespondencji uwięzionych. Impulsem do podjęcia w 1941 roku tej działalności był dla jednych pobyt w KL Auschwitz najbliższych członków rodziny lub znajomych, inne motywował odruch serca, potrzeba udzielenia wsparcia ludziom w potrzebie, wyrażenia niezgody na niesprawiedliwość - opowiadał prof. Linert.


 Podkreślał, że angażujące się w pomoc kobiety nie uważały, że czynią coś nadzwyczajnego – sądziły, że robią tylko to, co powinno się czynić w takich okolicznościach, czyli spragnionego napoić, a głodnego nakarmić. Warto pamiętać o tym i dzisiaj, czerpiąc wzór z ich postawy.



 

W publikacji autor zamieścił biogramy członkiń komorowickiej grupy wzbogacone zdjęciami, dokumentami i wspomnieniami. Książka, choć jest rzetelnym dokumentem historycznym opatrzonym całym aparatem naukowym, przypisami i wyjaśnieniami, została napisana tak, że czyta się ją jak najlepszą powieść. To zasługa języka, jakim posługuje się profesor Linert.


 fot. Ariel Brończyk