piątek, 15 grudnia 2017

Okruchy historyczne z Pietrzykowic cz. 5.

Kordony bezpieczeństwa,
czyli lekarstwo czasem gorsze od choroby

   W omawiany okresie Pietrzykowice zostały w 1819 r. przeniesione do cyrkułu Wadowice. Jednak te przekładanki administracyjne nie były dla mieszkańców Pietrzykowic bardzo istotne. Dużo ważniejszym i niebezpiecznym dla nich okazał się rok 1831. W tym bowiem czasie na terenie Rosji grasowała cholera. Nie znająca granic zaraza zaczęła również przenikać na teren cesarstwa. W tych okolicznościach władze austriackie postanowiły postawić kordon na Sole. 15 czerwca przybyli inżynierowie, a 20 wojsko.  Nad rzeką wybudowano baraki i budki wartownicze, co sto sążni, bliżej rzeki. Aby w pełni poczuć klimat tamtych dni, warto przytoczyć relacje świadka tamtych wydarzeń ks. Augustina: Dnia 24 czerwca most został zamknięty i zabity deskami. Ogłoszono, że wszelka komunikacja jest wstrzymana. Żadnemu człowiekowi ani bydłu nie wolno było przekraczać Soły, kto nie cofnie się na wołanie wartownika, zostanie zastrzelony.
    Mieszczanie, którzy mieli swoje pola za Sołą, nie chcieli się do tego stosować, tym bardziej że w ciągu lipca była niezwykle dobra pogoda, nie słyszano tutaj o żadnej chorobie, a lud uważał to za dopust Boży. Za to często, szczególnie w niedzielę, przychodzili ludzie podpici wódką na most i kiedy posterunek ich usuwał, wymyślali i kłócili się z niczemu niewinną strażą. Grozili w swoim pijanym stanie użyciem siły. To zaostrzyło czujność wojska i kosztowało życie tutejszego mieszczanina Białkiewicza w następujący sposób:


    29 lipca był deszczowy dzień, rzeka wzbierała, na brzegu leżały tratwy, które miały płynąć do Krakowa. Spławianie tratew było wzbronione. Właściciele pobiegli więc w nocy z końmi i żerdziami, by ściągnąć drewno na suche miejsce. Po kilku przelotnych deszczach raz świecił księżyc, raz było całkiem ciemno. Krzyki i wrzaski chłopów, szczególnie koło Cięciny, zwróciły uwagę strażników. Widzieli oni ludzi nad rzeką z żerdziami i myśleli, że to rewolta. [Jeden z nich] wystrzelił z karabinu i złożył meldunek — gromada ludzi pieszo i na koniach uzbrojona w dzidy i lance przedziera się przez Sołę. Za strzałem ogień pocisków przebiegł wzdłuż linii w górę i w dół. Tutaj na Ispie za magazynem mieli tkacze rozłożone płótno do bielenia. Ponieważ woda się podniosła, zwołali swoich ludzi i sąsiadów na pomoc, a stojący naprzeciw posterunek odpowiedział strzałami z karabinów. Gromada z miasta chciała się więc przedrzeć; harmider we wszystkich wioskach, bije się na alarm. Posterunki patrolują, strzelają od czasu do czasu, jak tylko jest coś podejrzanego. Komendant major Klitsch, który mieszkał [w zajeździe] pod Góralem, otrzymał ze wszystkich stron raporty o powstaniu. W końcu zebrały się kompanie z Radziechów, Siennej, Zabłocia, Pietrzykowic, Zarzecza koło mostu. Harmider, krzyki, huk zwróciły uwagę i wzbudziły ciekawość strażników miejskich, by mogli złożyć meldunek burmistrzowi.
   By ochronić samo miasto przed przedostaniem się [choroby], postawiono ze wszystkich stron posterunki straży po dwóch mieszczan, którzy palili ogniska z gałązek jałowca. Tomasz Białkiewicz i ślusarz Krzywanek mieli straż koło Starego Żywca, słyszeli harmider i podbiegli do mostu, by dowiedzieć się, co się dzieje. Usiedli na poręczy. Wtedy przyszedł patrol aż do przegrody. Dowódca zawołał dwa razy do nich, ponieważ po ciemku ich nie rozpoznał, lecz ci zamiast odpowiedzieć, uciekli pochyleni. Wtedy padł strzał i Tomasz Białkiewicz został trafiony kulą w plecy, która wyszła przez pierś. Dowlókł się jeszcze do farbiarza Bónischa, tam zbadał go lekarz urzędowy Schmidt i stwierdził, że rana jest śmiertelna, ponieważ powietrze wychodzi z [tejże] rany. Zmarł 30 lipca. Wdowa po nim, która została z dzieckiem, otrzymała 6 grajcarów dziennej renty od rządu.
Komenda kordonu wystosowała straszne sprawozdanie o prawdziwym powstaniu, o którym nikomu się nie śniło. Generałowie wydali znowu urzędowi powiatowemu rozkaz strumienia rebelii. Ten ślepy alarm był we czwartek; w niedzielę przybył tutaj komisarz powiatowy, by zbadać sprawę. Oczywiście sprawa wyjaśniła się jako prawie że śmieszna. Lecz wojsko pozostało konsekwentne i posłało jedną kompanię pod dowództwem kapitana Leege do Żywca; ona przyniosła nam cholerę. Otrzymano mianowicie części umundurowania z Jarosławia, kompania rozdzieliła je przed wymarszem 4 sierpnia i odmaszerowała; już po drodze zachorował na cholerę bębnista. Położono go na wóz bagażowy, skutkiem czego zarażono bagaż całej kompanii.
    Potem zachorował jeszcze oddział żołnierzy, który kapitan polecił w Zadzielu odtransportować na wozie — platformie z powrotem. Jeden chory i bębnista zmarli tej nocy. Komendant przyniósł wiadomość, że podporucznik Muller, który wydawał mundury, zachorował też po południu na cholerę i zmarł wieczorem. Ja byłem właśnie na polu w Starym Żywcu przy wiązaniu pszenicy, kiedy o czwartej po południu przemaszerowała kompania. Kapitan, mój znajomy, do którego podszedłem, by go powitać, powiedział do mnie: „Niech pan pozostanie z daleka, ponieważ przynoszę wam również cholerę, której mieliśmy zapobiec”. Opowiedział, że kompania była wizytowana przed wymarszem, uznana za zdrową, a on ma już dwóch chorych na cholerę.


   Te wiadomości wzbudziły trwogę i strach w całym mieście, tym bardziej że przy wyjściu kompani 6 sierpnia dwóch żołnierzy pochwyciły na placu choleryczne wymioty i biegunka. Lekarz Beniamin Schmidt rozpoznał, według wszystkich symptomów, prawdziwą cholerę. Teraz miasto miało dać jeden dom na szpital. Nikt nie chciał opróżnić domu, wtedy zaoferowałem mój nowo wymurowany dom na Ispie na ten cel. Nazywało się, że przez nacieranie można chorych na cholerę uratować, więc nacierał lekarz i sam szlachetny kapitan tych dwóch żołnierzy. Było z nimi lepiej, lecz jeden z nich, który nie mógł odmówić sobie wódki, zmarł czwartego dnia, drugi wyzdrowiał.  Jak widać z powyższej relacji sytuacja była groźna. Kordon oznaczał, że mieszkańcy Pietrzykowic nie tylko, że nie mogli uprawiać swoich pól, ale również nie mogli sprzedawać swoich plonów i zwierząt, a to oznaczało nie tylko biedę ale i głód. Na domiar złego „lek”, który im zaoferowano w postaci żołnierzy, okazał się całkowicie chybiony, gdyż to właśnie przez wojskowych zaraza rozpowszechniała się w najlepsze. 

piątek, 8 grudnia 2017

Okruchy historyczne z Pietrzykowic cz. 4.



Małżeńskie szczęście,
czyli rozmiar jednak ma znaczenie...

Wracając do dziejów właścicieli, trzeba wspomnieć o ostatnim z Wielopolskich Andrzeju. Był on synem Ignacego, brata Francisza, tego, który to umiłował Paryż. Bratanek studiował w Wiedniu. Po powrocie na Żywiecczynę próbował ratować rodziny majątek, ten jednak był już okrojony i mocno zadłużony. Jednak jego energiczne działania zaczęły przynosić pozytywne efekty, aż do momentu, gdy... ożenił się z panną Karoliną Grabowską. Małżeństwo to okazało się jedną wielką pomyłką. Tak najczęściej piszą o tym lakonicznie badacze. Jednak ks. Augustin uchyla rąbka tajemnicy i pisze: Pan hrabia Andrzej był wtedy bardzo nieszczęśliwy i niespełna rozumu, do którego to stanu został doprowadzony przez swoją żonę, która się z nim rozwiodła. Hrabia Wielopolski (był impotentem z powodu krótkości penisa, którego długość wynosiła jeden cal) ożenił się z pełną energii hrabianką Grabowską, jednakże dostawał skurczu przy każdym wzwodzie, tak że kamerdyner musiał go podnosić z miejsca ołtarza Wenery. Jak to było niemiłe dla młodej żony, można sobie wyobrazić. Znalazł się baron Larisch z Osieka, który zażyczył sobie zastąpić go w tej roli

W tych okolicznościach właściciel Żywiecczyzny rozpił się, a majątek do reszty upadł. Andrzej sprzedał w 1838 r. zadłużony majątek Karolowi Ludwikowi Habsburgowi.  I tak ostatecznie zakończyło się władanie Wielopolskich, po których zostały barwne opowieści, anegdoty oraz potworne długi.

wtorek, 5 grudnia 2017

Okruchy historyczne z Pietrzykowic cz. 3.



Koniec Polski i koniec Wielopolskich,
czyli wszystko przez majtki prane w Sekwanie

     W 1772 r. nastąpił pierwszy rozbiór Polski. Jednak już w maju tego roku wojska austriackie zajęły tereny Żywiecczyzny. Region ten w Austrii zyskał nazwę Galicja i Lodomeria. Od 1782 r. Żywiec i cały region leżał w cyrkule myślenickim.
Cesarz Józef II dekretem z dnia 20 września 1783 r. utworzył diecezję tarnowską z galicyjskiej części diecezji krakowskiej. Tym sposobem cały dekanat żywiecki znalazł się w nowej strukturze organizacyjnej kościoła.  
   Jednak z tym cesarzem wiąże się ciekawa informacja. Oto w 1782 r. cesarz Józef II wybrał się do Żywca. Rzecz ciekawa, że nie zatrzymał się on w zamku Wielopolskich, lecz w domu mieszczańskim Mikuszewskich koło dzwonnicy. Córka Mikuszewskich przygotowywała posiłki dla cesarza, za co otrzymała od niego złoty medalion na pamiątkę. Ignacy Wielopolski złożył cesarzowi wizytę, lecz został przez niego chłodno przyjęty.  Cesarz zarzucił mu, że poddani w jego dobrach są biedni, głodni i zaniedbani, a właściciel powinien dbać o polepszenie ich doli.
Cesarz miał rację, gdyż barwne życie prowadzono podówczas w zamku żywieckim. Po podziale dóbr między synów Karola - Ignacego, Franciszka i Józefa miasto znalazło się w schedzie Franciszka, którego żoną była Elżbieta z Bielińskich. Franciszek i Elżbieta stanowili klasyczny przykład trwonienia własnej fortuny. W Paryżu, gdzie prowadzili przez kilka lat beztroski żywot, utrzymywali okazałą rezydencję. Roiło się w niej od gości, balom i przyjęciom nie było końca. Dochody z dóbr żywieckich tonęły bez śladu w tym przepychu. Wkrótce długi Franciszka osiągnęły sumę 1 204 746 zł i przewyższyły wartość posiadanego przez niego majątku. Ks. Franciszek Augustin naoczny świadek ich ekscesów wspomniał, że: Nawet kiedy w końcu zamieszkała w Żywcu, nie mogła się obejść bez Paryża, ponieważ wszystka jej bielizna musiała być prana w wodzie Sekwany w Paryżu, więc wysyłała ją tam i z powrotem pocztą.
Margrabia Franciszek pozwolił jej robić, co chciała, więc w końcu roku 1785 zaczęli wierzyciele wątpić, że będą mogli być spłaceni. Ogłoszono upadłość i miało miejsce postępowanie upadłościowe. Trwało ono całe dwadzieścia lat.

   Franciszek zmarł w 1800 r., a Elżbieta swoje prawa do Żywca, zamku i resztek posiadłości sprzedała hrabiemu Adamowi Przerembskiemu, który następnie w 1810 r. odsprzedał je Albertowi Wettinowi księciu Sasko-Cieszyńskiemu.  Jednak to nie kończyło rządów Wielopolskich, gdyż pozostali tu jeszcze potomkowie braci Franciszka, ale o tym innym razem.

piątek, 1 grudnia 2017

Widoki na rzeke Łodygowice na starej fotografii


   Patrząc na przedstawione poniżej zdjęcia widać wyraźnie, że rzeka Żylica płynąca przez Łodygowice jest szeroka i stosunkowo płytka. Ten fakt nie raz sprawiał, że gdy tylko podnosił się stan wody w niej z powodu roztopów, albo długotrwałych deszczów, to natychmiast występowała ona z brzegów i zalewała okoliczne pola i domostwa.


Najstarsze źródła historyczna podając pochodzenie nazwy między innymi wspominają, że: Łodwigowice naprzód sołtystwem niekiedy było, które przezwane Ludwika albo Ludwikowicza, (...)  Albo od paszę traw wilgotnych, sitowych, grubych, łodygowatych Łodygowice są.

Szczególnie tragicznym był rok 1863, kiedy to długotrwałe deszcze doprowadziły nie tylko do powodzi, ale również do rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych i spowodowało kilka lat głodu.
W okresie, gdy Łodygowice znajdował się w ramach c.k. Austrii nie raz były prowadzone pracę zabezpieczające brzegi, by spiętrzona woda nie zalewała wsi. Jednak wszystkie te działania okazywały się mało skuteczne. Paradoksalnie corocznemu zalewaniu wsi zaradzili niechcący sami mieszkańcy, którzy to na początku XX wieku budując nowe domy, kamień na podmrówki wybierali z koryta rzeki.

  Drugi taki proces nastąpił na przełomie lat 60 i 70, gdzie zabudowywane domami jednorodzinnymi było Podkościele i Kamieniec. Tym sposobem koryto rzeki od mostu grunwaldzkiego do jeziora zostało obniżone o kilka metrów, a puste tereny zamieszczone poniżej zostały zurbanizowane.

czwartek, 30 listopada 2017

Okruchy historyczne z Pietrzykowic cz. 2.

Płaczący obraz w Pietrzykowicach.

   Podczas panowania Jana Wielopolskiego w Pietrzykowicach wydarzył się ciekawy, niecodzienny wypadek. Jednak jego historia, zaczęła się kilkadziesiąt lat wcześniej. W 1678 r. niejaki Matias Pławiński z Pławiec, który ogłosił się szlachcicem i pielgrzymem, zwiedzał Żywiecczyznę.  Najwięcej przebywał w Pietrzykowicach u Wojciecha Wiesiołka, gdzie podczas lata w stodole sypiał. Pewnej nocy przez szpary zobaczył w nocy ogień na lipie obok domu Wojciecha Hujca. Doznawszy widzenia, kazał wymalować obraz i zrobić kaplicę z takim podpisem: Pielgrzym Matias z rodu Cieszkowskiego z Gidel ten obraz fundował Objawienia Najświętszej Panny Studziennej do kaplice pietrzykowskiej niedaleko od Żywca leżącej, roku Pańskiego 1678. (...) Gdy dowiedział się o tym Jego Mość ksiądz Wojciech Symellius, dziekan i proboszcz żywiecki, że to bez jego konsensu stało się, kazał wozem zajechać i tę kletę rozchybać i okrajki z ławami do kościoła staro-żywieckiego zawieźć. Które na poprawę kościoła tamecznego obrócił, a tę lipę wiatr wielki w roku 1707 wywrócił. A ten Matias pielgrzym obraz zwyż mianowany od malarza wziąwszy, darował go do kościoła radzichowskiego, który tamże dotąd świadkiem jest, z podpisem przeopisanym. 

    Kolejny raz usłyszano o tym obrazie kilka lat później. Oto w 1712 roku piorun uszkodził wieże kościoła w Żywcu. Regina Stąporzanka zaczęła rozpuszczać wiadomości, że stało się to za sprawą tego, że obraz NMP z ołtarza brackiego usunięto, a tam wstawiono inny. Aby uwiarygodnić swoje proroctwa, postanowiła dokonać... cudu. Jak pomyślała, tak też uczyniła. 17 kwietnia 1712 roku w niedzielę trzecią po Wielkiej Nocy, po nabożeństwie schowała się w kościele i postanowiła nowy obraz ukraść, a na jego miejsce wstawić, wybrany przez siebie, czyli ten z Radziechów, obraz fundacji Matiasa z  Pietrzykowic. Niestety zamiar się nie udał, gdyż na przeszkodzie stanęły... gwoździe, którymi nowy obraz do ołtarza był przytwierdzony. Niedoszła „cudotwórczyni” nie znalazła zrozumienia u współmieszkańców i dla ochłonięcia zamknięto ją na kilka dni w więzieniu miejskim.  

wtorek, 28 listopada 2017

21 PAL cz. 3

    Tym razem zdjęcia zwiażane ze st. ogniomistrzem Wincentym Kazimierczakiem przekazane mi przez córkę. Dziękuję. 






poniedziałek, 27 listopada 2017

Okruchy historyczne z Pietrzykowic cz. 1.





Z kronik kryminalnych...XVII wieku

Wieś Pietrzykowice, jako miejscowość spokojna,  typowo rolnicza bardzo rzadko trafiała „na ludzkie języki”. W najdawniejszych dokumentach odnajdujemy właściwie tylko dwa takie przypadki. Pierwszy mówi o Malcheru Barteczko, który popadł w szaleństwo i powiesił się na drzewie. Tego samobójcę zgodnie z ówczesnym obyczajem pochowano za parkanem cmentarnym starożywieckiego kościoła. 
Drugi natomiast przypadek odbił się szerokim echem w całym regionie. Oryginalny zapis tego wydarzenia brzmi następująco: Die 4 Julii [4.VII.] we środę Stanisław Urbas z Pietrzykowic o porubstwo albo uczynek sprośny bestyjalski z klaczą w Żywcu pod justycją spalon; którego Jędrzej Dybek z Pewle w wierbinach pietrzykowskich zastał i przed sądem jego pokonawszy, świadectwem poprzysiągł. O którym występku w Żywcu jeszcze nie słychano