środa, 1 kwietnia 2026

Baczyński polski Stradivarius

 




Prawda historyczna mówi o tym, że człowiek żyje tak długo, jak trwa o nim pamięć. 

Boleśnie przekonują się o tym możni ludzie i politycy, którzy pomimo bogactwa i wpływów za życia szybko ulatują z pamięci, gdyż ich wpływy i majątek po śmierci przejmują inni. Inaczej dzieje się z twórcami czy artystami. Oczywiście i oni mają swoje „pięć  minut”, a ich miejsce zajmują kolejni, jednak zostaje po nich dorobek. Ta wartość dodana do ich życia sprawia, że nawet po latach zapomnienia można przywrócić ich do pamięci, a tym samym nadać im drugie życie. 


Drugie życie Baczyńskiego

Jedną z takich osób jest Władysław Baczyński sławny lutnik z Łodygowic, którego instrumenty muzyczne zyskały sławę w europejską tak mocną, że przyrównywano do go Stradivariusa. Sława Baczyńskiego, tak jak wielu przed nim twórców, umarła wraz z jego śmiercią. Nawet w rodzinnych Łodygowicach nikt nie miał świadomości, że ten sławny lutnik to ich rodak. 

Na szczęście pamięć o tym twórcy przywrócił współczesnym pasjonat muzyki i miłośnik historii Grzegorz Kaproń, który na łamach The STRAD, miesięcznika muzycznego wydawanego w Londynie, przedstawił jego życie i twórczość. 



- W 1917 roku węgierski skrzypek i żołnierz Marczi Zöldy w prywatnym liście do Władysława Baczyńskiego nazwał go „mistrzem skrzypiec i artystą duszy”. Dziesięć lat później polski skrzypek i nauczyciel muzyki Edmund Giżejewski zaliczył go do trzech najwybitniejszych lutników początku XX wieku działających w Polsce, obok Gustava Häusslera w Krakowie i Tomasza Panufnika w Warszawie. Dennis G. Plowright w swojej książce z 2000 roku „Violin and Bow Makers Past and Present” docenił jakość skrzypiec Baczyńskiego „Opus 170” z 1913 roku, choć przyznał, że niewiele wiedział o ich twórcy. W prywatnych rozmowach muzycy i lutnicy często nazywają Baczyńskiego „polskim Stradivariusem”. Paradoks polega na tym, że w latach jego młodości Polska nie znajdowała się na mapach Europy- ocenia Grzegorz Kaproń na łamach miesięcznika The STRAD .


Łodygowickie korzenie

Historia tego sławnego lutnika rozpoczyna się w Łodygowicach. Jego rodzice sprowadzają się do Łodygowic w połowie XIX wieku z Limanowej. Rodzina mieszkała pod numerem 74. Ta lokalizacja nie była przypadkowa, gdyż była to kuźnia należąca zamku. Marcin Baczyński dzierżawił ją najpierw od właściciela Łodygowic dr Maksymiliana Lüttwitza, który był szpiegiem pruskim, a po jego uciecze i sprzedaży majątku w 1866 roku podpisał umowę Clementiną Primavesi de Weber. 



Jak wynika z ksiąg parafialnych, 25 czerwca 1866 kowalowi Marcinowi Baczyńskiemu i jego żonie Ludwice z d. Werner urodził się syn „Ladislaus Petrus” . Warto zwrócić uwagę, że rodzice nadali mu dwa imiona, co w tamtych czasach należało do rzadkości. 



Niewiele wiemy o pierwszych latach życia Władysław Piotra Baczyńskiego. Możemy przyjąć za pewnik, że chodził do szkoły podstawowej w Łodygowicach. W tym czasie jej kierownikiem był Franciszek Mamak, który również miał swoje korzenie w Limanowej i jak wynika z dokumentów, był spowinowacony z Baczyńskimi. Czy jednak Mamak był jego pierwszym nauczycielem, nie możemy potwierdzić, gdyż był on kierownikiem szkoły w Łodygowicach na pewno od 1877 roku. Na tym etapie badań nie udało się dotrzeć do dokumentów potwierdzających zdobyte przez Władysława Baczyńskiego wykształcenia, ani też gdzie go zdobył. Najbardziej logicznym wydaje się, że swoja naukę kontynuował w Bielsku w Państwowej Wyższej Szkole Realnej przy ówczesnej ul. Schiesshausstrasse (Strzelniczej). Tam przygotowywano młodzież do studiów technicznych oraz pracy w handlu i rzemiośle . 



Kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej 

Rodzina Baczyńskich dzierżawi kuźnie w Łodygowicach do 1892 roku. W tym czasie miejscowość przeżywa prawdziwą rewolucje technologiczną za sprawą kolei. Jak wiadomo, w 1878 roku przez Łodygowice przechodziła kolej. C.K. Uprzywilejowanej Kolej Północnej Cesarza Ferdynanda (k.k. Privilegirte Kaiser-Ferdinands-Nordbahn, w skrócie KFNB), która połączyła miasta Bielsko i Żywiec. Trzy lata po zakończeniu budowy otwarto w Łodygowicach stację towarową i przystanek osobowy. Natomiast 1887 roku powstaje tu pełnoprawna stacja kolejowa. Trudno powiedzieć, na ile te wydarzenia mają wpływ na wybory życiowe Władysława. Jednak w 1887 roku 21-letni Baczyński został asystentem urzędnika kolejowego w biurze rachunkowym krakowskiej dyrekcji ruchu drogowego. Dodatkowo, po godzinach oddaje się swojej pasji. W krakowskiej pracowni Gustava Häusslera gdzie uczy się lutnictwa. 



Trudny start w rodzinne życie 

Młody kolejarz mieszka w Krakowie przy ulicy Lubicz 40, tam poznaje i poślubia 16-letnią córkę sąsiada, Józefę Emmę. Mają dwoje dzieci. Niestety los go nie oszczędza. Władza kolei służbowo przeniosła go do Stanisławowa. W tym czasie umierają jego dzieci. Żona chora na gruźlice rodzi kolejną córkę. Niestety w 1898 obie już nie żyją.  

Ten rok wydaje się być przełomowym w jego życiu. Władysław żeni się kolejny raz i zaczyna bardzo poważnie traktować dotychczasową pasję, czyli lutnictwo.  

Do 1900 roku wykonał dwanaście instrumentów. Nie mając jednak pewności, że będzie mógł utrzymać się z prowadzenia warsztatu, kontynuował pracę jako kasjer na dworcu kolejowym. Nie zaniedbywał również obowiązków domowych, które zwiększyły się dzięki zarządzaniu kamienicą przy ul. Siemiradzkiego 16, a także stale powiększającej się rodzinie. W Krakowie Baczyńscy doczekali się trojga dzieci: Adama Jana (1890–1957), Zofii Marii (1901–1993) i Włodzimierza Gustawa (1903–1961) - informuje Grzegorz Kaproń. 


Wyjazd czy ucieczka?

Niespodziewanie w 1904 roku Władysław wyjeżdża do Nowego Jorku. Podobno do tego kroku nakłonił go poznany wcześniej Henry Kessler, grający wówczas w orkiestrach teatru na Broadwayu. Dzięki niemu i listom polecającym, zaraz po przyjeździe we wrześniu 1904 roku trafił pod skrzydła Heinricha (Henry'ego) Richarda Knopfa (1860–1939), który prowadził renomowany warsztat. 

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że na jego szybki wyjazd do USA mogła mieć wpływ sprawa malwersacji do jakiej doszło na stacji głównej w Krakowie. Jak wynika z informacji prasowych, jego kolega Leon Wilczek dopuszczał się fałszowania pokwitowań. Jak tłumaczył: Nie miał zamiaru pobranych kwot sobie przywłaszczyć, uważał je tylko za chwilową pożyczkę, którą byłaby została pokrytą przy ostatecznem obliczeniu . Właściciele kolei uznali, że działalność pożyczkowa nie jest w zakresie świadczonych usług i skierowali sprawę do sądu. Temida oceniła, że występek nie był duży, a samowolny pożyczkobiorca zwrócił od razu część przywłaszczonych środków i dlatego skazała go tylko na miesiąc więzienia. Trudno mi dzisiaj bez dokumentów wyrokować, czy i w jaki sposób zamieszany w ten proceder był Baczyński.

Fakty mówią, że:

Po pierwsze: Władysław pracował razem z Wilczkiem.

Po drugie: Wniesiono sprawę sądową przeciwko im obu. 

Po trzecie: Sąd skazał Wilczka w styczniu 1905 i odnotował, że Baczyński uciekł do USA 1904 roku.

Po czwarte: 1906 roku Baczyński wraca. 

Po piąte: Władysław nie ukrywa się, nie zmienia nazwiska, a wymiar ścigania, ani sąd nie interesuję się jego osobą. 

Z tej faktografii nasuwają się dwa wnioski. Pierwszy, że Władysław Baczyński był po prostu niewinny(!) i drugi mówiący o ty, że po powrocie z USA Baczyński mógł polubownie dogadać się z koleją, wyrównać straty z nawiązką i tym samym zamknąć tę kwestie. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczy, że są to tylko domysły(!) autora nie poparte żadnymi dokumentami. 


Lwów nowym domem 

Władysław z rodziną w Krakowie długo nie zagrzał miejsca. Z danych zgromadzonych przez Grzegorza Kapronia wynika, że rozważał on osiedlenie się w USA na stałe, o czym świadczy przyjazd tam jego żony i dzieci. Jednak w grudniu 1906 roku Baczyński postanowił przenieść się z rodziną nie do USA tylko do Lwowa. Decyzja i wybór miejsca nie były przypadkowe: Lwów mógł ze względu na działającą tam operę spełnić jego zawodowe ambicje i dać poczucie stabilizacji całej rodzinie

Baczyński był w swoim żywiole. W 1907 roku wykonał około 20 instrumentów smyczkowych. Otrzymał listy pochwalne od Karola Wierzuchowskiego, Maurycego Wolfsthala i Marcelego Steina. 

We Lwowie mieszkał m.in. w lokalu w kamienicy przy ulicy Sokoła 3, położonym w pobliżu konserwatorium. W 1910 roku Baczyński wstąpił do powstającego Związku Lutników Monarchii Austro-Węgierskiej z siedzibą w Wiedniu. Dwa lata później zdobył pierwszą nagrodę i złoty medal za instrumenty muzyczne na międzynarodowej wystawie w Budapeszcie. W 1913 roku wstąpił do Związku Lutników Niemieckich z siedzibą w Berlinie.


Baczyński wykonał w ciągu swojego życia 283 instrumenty smyczkowe. Co ciekawe, do ich wyrobu używał odpowiedniego drewna rezonansowego świerka lub jaworu, często pochodzącego ze starych, zburzonych kościołów.

Ja podkreślają specjaliści jego instrumenty cechuje precyzyjne wykonanie, subtelnie rzeźbiona główka i indywidualne oznaczenia, w tym ręcznie pisana etykieta z podpisem. Zmarł we Lwowie w 1935 roku. Został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim. W pośmiertnym artykule Stanisław Starzykowski, na łamach „Kuriera Lwowskiego” 12 czerwca 1935 r. stwierdził, że życie Baczyńskiego mogło dawać przykład poprzez wrodzoną etykę. Spokojny, zrównoważony, bezinteresowny, zawsze podążał za szlachetnym podszeptem serca i sumienia. Odznaczał się nieskończoną dobrocią i niewyczerpaną życzliwością wobec ludzi. 



Przy pisaniu tego artykułu czerpałem całymi garściami z wyników badań Pana Grzegorza Kapronia, któremu w tym miejscu raz jeszcze dziękuję za ich użyczenie Jacek Kachel 




wtorek, 31 marca 2026

 Filmowa Schalraffia wraca 



Już niedługo na nowo ożyje filmowy świat początku XX wieku oraz bielsko-bialskiej masonerii, a wszystko za sprawą Fabryki Sensacji Proszyk & Kachel.

SCHLARAFFIA REAKTYWACJA czyli sFERMENTowana MASONERIA BIELSKA I BIAŁEJ. W filmowym sosie - to tytuł najnowszej propozycji Fabryki Sensacji, czyli duetu Proszyk i Kachel. Pokaz 20 kwietnia o godzinie 18:00 na deskach Teatru Polskiego rozpocznie tegoroczny Festiwal Kabaretowy Fermenty. 

Na historyczny warsztat panowie wzięli dwa tematy – niby osobne, ale łączące się ze sobą. 


Masoński ślad 

Hotel Pod Czarnym Orłem przed laty był siedzibą lokalnej organizacji masońskiej. Wolnomularze upodobali sobie to miejsce i oficjalnie krzewili tam dobry humor i zabawę zakrapianą sporą dawką dobrych trunków. Mowa tu oczywiście o członkach Stowarzyszenia Schlaraffia. 

- Wchodząc do środka, zostawiamy za sobą codzienne życie, świat wulgarny - przekonywali nasi weseli masoni, którzy przestrzegali ścisłych zasad: dbali o humor i sztukę, a w ich gronie zawsze byli artyści i osoby lubiące się po prostu dobrze bawić - mówi Jacek Kachel. 

- Celem stowarzyszenia było krzewienie kultury niemieckiej, szczególnie sztuki i humoru. Co pięć lat przedstawiciele kręgów spotykali się na wspólnym konsylium, gdzie podejmowano uchwały, dokonywano wyborów, nadawano nominacje - informuje dr Jacek Proszyk, który zgłębił historię Schlaraffii. 

Stowarzyszenie wydawało własny organ prasowy, używało chronologii wzorowanej na rzymskiej (lata liczyli od powstania stowarzyszenia – były to tak zwane lata puchaczowe, od puchacza - symbolu loży). 



- Na początku działalności bielska loża miała siedzibę w hotelu Pod Czarnym Orłem. W II RP działała przy ul. Chopina (dzisiejsza harcówka) – dodaje dr Jacek Proszyk. 

Jeżeli chcesz wiedzieć, jak działała Schlaraffia, jak wyglądała jej organizacja, jak można było zostać jej członkiem - to ta Fabryka Sensacji jest dla Ciebie.


Filmowy zawrót głowy

Osobnym tematem, który jednak spłata się w jedno z bielską masonerią, jest rozwój kinematografii w Bielsku i Białej - ludzie związani z X muzą byli bowiem również członkami Schlaraffi. Historycy nie tylko przedstawią dzieje kina w obu miastach, ale pokażą też filmy, którymi zachwycali się nasi pradziadkowie. 

- Wspominać będziemy o kinie działającym w hotelu Kaiserhof czy też kinie miejskim w Białej, ale również o wielu inicjatywach, które na dłuższą lub krótką chwilę zagościły na naszym terenie - informuje Jacek Kachel. 

- Zgodnie fabryczną tradycją przygotowaliśmy kilka filmów, ze znakomitymi aktorami, którzy dla dobra nauki postanowili zagrać u nas za darmo. Kto to raz zobaczy, już tego z głowy nie wyrzuci - dodaje, śmiejąc się, Kachel.

Fabrykanci zapowiadają coś z komedii, fantastykę naukową czy też obyczajówkę nakręconą w Bielsku. Ci bardziej wtajemniczeni w przygotowania boją się, że na scenie może dojść do skandalu, bo pokazany ma być również lokalny film erotyczny. Mamy jednak nadzieję, że to tylko…pogłoski. 

Na wszelki jednak wypadek osoby o głębokiej wrażliwości proszone są o wybranie innej propozycji w ramach Festiwalu Kabaretowego FERMENTY. Natomiast ryzykantów i osoby żądne wrażeń zapraszamy 20 kwietnia do Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.



Warto wiedzieć, że Slaraffia to nie mit, a towarzystwo o zasięgu ogólnoświatowym – Allschlaraffia zrzesza obecnie 426 lokalnych oddziałów. 

- Początki tego stowarzyszenia sięgają Pragi, gdzie grupa artystów, spotykających się w zacisznych pokojach tawern satyryzowała ówczesną arystokrację oraz biedermeierowską politykę i cenzurę – wyjaśnia członek Allschlaraffii Gustav Poinstingl.

- Nowi członkowie Schlaraffi rozpoczynają jako giermkowie, stają się dżentelmenami, a następnie, podczas uroczystej ceremonii, pasowani są na rycerzy. Noszą zbroję, hełm (czapkę błazna) i szarfę - przypomina Jacek Kachel.  

Tak więc Fabryka Sensacji Proszyk & Kachel powraca. Przyjdź, zobacz, może i TY zostaniesz członkiem Schlaraffi. 

Do czego namawia jeden z prezesów Fabryki Sensacji Jacek Kachel. 

poniedziałek, 23 marca 2026

Fabryka Sensacji Proszyk & Kachel zaprasza!!!

 SCHLARAFFIA REAKTYWACJA

czyli

SFERMENTOWANA

MASONERIA BIELSKA I BIAŁEJ

W filmowy sosie




Fabryka Sensacji Proszyk & Kachel powraca. Tym razem panowie zabiorą nas do Bielska i Białej początku XX wieku, kiedy to barwny świat filmu spłata się z niecnymi poczynaniami masonerii. 

Poznasz nie tylko tajemniczy świat Schlaraffi, ale i zobaczysz to, czego nie da się odzobaczyć, gdy chodzi o sztukę filmową. Jeżeli jesteś na to gotowy, przybywaj na Fermenty, w ramach których pojawi się Fabryka Sensacji.

Przyjdź, zobacz, może i TY zostaniesz członkiem Schlaraffi. 


piątek, 20 marca 2026

Spotkanie w Jaworzu 19.03.2026

 Bardzo dziękuję za miłe spotkanie. Oto relacja z Gminnej Biblioteki Publicznej w Jaworzu:  



Wyjątkowe wydarzenie zorganizowane przez naszą Bibliotekę wraz ze Stowarzyszenie Jaworze-Zdrój miało miejsce w czwartkowe popołudnie w Sali Pod Harendą i zgromadziło liczną publiczność. Było to spotkanie z Jackiem Kachelem, historykiem, dziennikarzem, nieprzeciętnym pasjonatem i znawcą historii Bielska - Białej i okolic oraz autorem ponad dwudziestu książek.



Wykład ten był przyczynkiem do podjęcia tematu tworzenia nowej Jaworzańskiej Akademii Trzeciego Wieku powstającej pod patronatem Stowarzyszenia Jaworze-Zdrój, o czym w swym wystąpieniu mówiła jego prezes Ewa Wieja.



Biorąca udział w spotkaniu Anna Skotnicka-Nędzka - Wójt Gminy Jaworze poinformowała o likwidacji Jaworzański Uniwersytet Trzeciego Wieku - JU3W w związku z odejściem ś.p. dr Anny Klinik, której pamięć uczczono minutą ciszy. Pani Wójt podziękowała Zarządowi Stowarzyszenia "Feniks" za zaangażowanie i wkład pracy w funkjonowanie uniwersytetu, życząc powodzenia nowej inicjatywie jaką jest Jaworzańska Akademia Trzeciego Wieku.

W drugiej części spotkania uczestnicy mogli zadeklarować chęć wstąpienia w szeregi powstającej Akademii. Nabór jest otwarty i prowadzony będzie jeszcze w najbliższym czasie. Wszelkich informacji udzielają Pani Ewa Wieja i Koordynator Projektu Gabriela Śliwka.



Dziękujemy panu Jackowi Kachelowi za ciekawy wykład pod tytułem "Być kobietą 100 lat temu na pograniczu Śląska i Galicji", który porwał wszystkich słuchaczy, poruszył i rozbawił oraz dziękujemy za książkę podarowaną naszym Czytelnikom.



piątek, 13 marca 2026

Dziedzictwo Karla Allegriego w Bielsku



Andrzej Czauderna z Bielsko‑Bialskiego Towarzystwa Historycznego 12 marca w Książnicy Beskidzkiej przypomniał postać Karla Allegriego. Spotkanie w cyklu Historycznych Czwartków nosiło tytuł Karl Allegri – duży wkład w Mały Wiedeń, otworzył je wiceprezes BBTH Wojciech Kominiak.


- Bielsko po raz pierwszy zostało nazwane Małym Wiedniem w styczniu 1857 r. w tygodniku Bielitzer Wochenblatt; wydawcą pisma był Ludwig Zamarski, m.in. założyciel pierwszej w Bielsku księgarni. Ta nazwa była synonimem rozwoju, postępu, aktywności społecznej w zakresie gospodarki, kultury i funkcjonowania miasta - mówił Andrzej Czauderna.




Licznie zgromadzonej publiczności przypomniał zasługi i dziedzictwo Karla Allegriego w Bielsku. Mówił o założeniu przez niego pierwszej w mieście kawiarni wiedeńskiej - Cafe de L'Europe, o udziale – w charakterze eksperta teatralnego - w pracach Komitetu Budowy Teatru w latach 1888‑1890; o działalności społecznej i pozyskiwaniu funduszy na pomoc sierotom i budowę sierocińców dla stowarzyszeń izraelickiego, ewangelickiego i katolickiego. Allegri działał także na rzecz rozbudowy kościoła św. Mikołaja.


Wiedeński zwyczaj odwiedzania kawiarni po obiedzie ma coraz więcej zagorzałych zwolenników – pisał pod koniec stycznia 1857 roku wspomniany tygodnik Bielitzer Wochenblatt. To kolejny,  niewielki element dokumentujący tworzenie się małego Wiednia w Bielsku. 






czwartek, 12 marca 2026

Wielka Wojna na skraju Galicji



W Zamku Sułkowskich - głównej siedzibie Muzeum Historycznego w Bielsku‑Białej - 5 marca dr Piotr Szczepaniak przedstawiał swoją książkę pt. Wielka Wojna na skraju Galicji. Powiat żywiecki i jego mieszkańcy w czasie I wojny światowej.



 Książka, opisująca życie społeczne, politykę i działania militarne na Żywiecczyźnie w latach wielkiej wojny, powstała na podstawie wyróżnionej dysertacji doktorskiej. Autor pracował nad nią w latach 2017‑2023.

Swoje zainteresowanie okresem I wojny światowej Piotr Szczepaniak wywodzi z dzieciństwa: 

- Już jako małe dziecko miałem styczność z tym tematem, bo zawsze gdzieś w pobliżu mnie było takie szczególne zdjęcie z 1915 roku, przedstawiające brata mojej prababci, który z tej wojny nie wrócił. Zawsze też interesowałem się tematami okołomilitarnymi i lokalną historią. Już mając 6 lat zacząłem zbierać pamiątki związane z tematem. To się tak rozwijało, aż trafiłem na studia do Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, pod skrzydła profesora Dariusza Nawrota, i tam te moje zainteresowania przekuły się w działania naukowe – opowiadał autor.




Książka jest wielopłaszczyznowa. 

- To przede wszystkim monografia dziejów Żywiecczyzny w czasie pierwszej wojny światowej, ale też nieco historii rodzinnej każdego z mieszkańców. Bo po kilku pokoleniach, które przeminęły od czasu wojny, nie ma chyba statystycznie możliwości, żeby trafił się ktoś, kto nie jest z tym tematem powiązany, chociażby w ten sposób, że ma w drzewie genealogicznym kogoś, kto w tym czasie służył w armii austriackiej czy w Legionach Polskich - wyjaśniał Piotr Szczepaniak.

Warto przypomnieć, że działania zbrojne w czasie I wojny światowej szczęśliwie nie dotarły na terytorium powiatu żywieckiego ani do Bielska i Białej. Mimo to jednak wojna wywarła olbrzymi wpływ na wszelkie sfery życia mieszkańców tego regionu.



 Książka Wielka Wojna na skraju Galicji. Powiat żywiecki i jego mieszkańcy w czasie I wojny światowej jest doskonałą bazą do historycznych porównań pomiędzy powiatami żywieckim i bialskim, nie mówiąc już o powiecie bielskim. Dzieli je niewielka odległość geograficzna, ale momentami prawdziwa przepaść, gdy chodzi o stosunki społeczne, polityczne, narodowe, a nawet mentalność ludzi żyjących tutaj w czasie I wojny światowej. 

środa, 11 marca 2026

Karl Allegri i jego ślady

 Książnica Beskidzka i Bielsko‑Bialskie Towarzystwo Historyczne zapraszają 12 marca na godzinę 17.00 na wykład z cyklu Historyczny czwartek. Wykład pt. Karl Allegri – duży wkład w Mały Wiedeń wygłosi Andrzej Czauderna.


Jeżeli zastanawiacie się państwo, co łączy bielską Patrię, Teatr Polski i Katedrę św. Mikołaja, wybierzcie się na kolejny Historyczny Czwartek do Książnicy Beskidzkiej. Andrzej Czauderna przypomni postać Karla Allegriego, twórcy pierwszej w naszym mieście kawiarni wiedeńskiej.

 - Prześledzimy losy lokalu, który duża część Bielszczan pamięta jako kultową Patrię. Przed Bielską Zadymką Jazzową, dzięki której wnętrza Patrii znów ożyją, warto przypomnieć sobie lata świetności tego miejsca. Marzec nie może obejść się bez tematów kobiecych, zatem ich też na spotkaniu nie zabraknie. Będzie okazja do refleksji nad zmieniającą się rolą kobiet w społeczeństwie na przestrzeni epok. W kontekście Polskiej Stolicy Kultury, sięgniemy do czasów i okoliczności, kiedy nad Białą oprócz fabrykanckich fortun rozkwitało życie spod znaku Apollina i jego Muz. Dowiemy się, kto i kiedy wymyślił nasz Mały Wiedeń - zapowiada Andrzej Czauderna. 

 Na spotkaniu będzie też mowa o tym, jakie efekty daje połączenie dobroczynności, sztuki i tolerancyjnej współpracy. To opowieść z pogranicza obyczajów, architektury, kultury i historii - o tym, czym żyło Bielsko ponad sto lat temu. Polecam i zapraszam! 

piątek, 6 marca 2026

Bitwa 8 marca

370 lat temu wielka bitwa rozegrała się na terenie Mikuszowic. Mieszkańcy naszego regionu pokazali nie tylko wielki patriotyzm i odwagę, ale również kunszt wojenny. 

 


Bywają w życiu każdej społeczności chwile próby. Takim sprawdzianem dla mieszkańców Podbeskidzia był potop szwedzki. Ten skrawek Rzeczypospolitej - jako jeden z nielicznych - przez cały czas zmagań ze Szwedami stał po stronie polskiego króla, chroniąc swoją niezależność i zagrożoną wolność. 

Niestety, ze względu na małe zainteresowanie historyków naszymi terenami, wydarzenia te zbywane są w historycznych opracowaniach co najwyżej kilkuzdaniowymi wzmiankami, a warto je ukazać. 

Jednym z epizodów wojny ze Szwedami była tzw. bitwa 8 marca 1656 roku w Mikuszowicach. Dzięki poszukiwaniom Tadeusza Nowaka w Archiwum Państwowym (Riksarkivet) w Sztokholmie, udało się zdobyć prawdziwy rarytas w postaci raportu wojskowego z tej bitwy. Jest to oryginalny raport generała-majora Jana Weiharda hr. Wrzesowicza do króla Karola Gustawa, datowany w Krakowie 12 marca 1656 r. Omawia – oczywiście z punku widzenia szwedzkiego - genezę i przebieg wyprawy; można dzięki niemu pokusić się o możliwie szczegółowy opis wydarzeń.


Twarzą w twarz, czyli nie pierwsze już spotkanie górali ze Szwedami

8 marca 1656 roku od strony Bielska zbliżała się armia szwedzka w liczbie około 1100 ludzi, prowadzona przez generała Jana Weiharda hr. Wrzesowicza (nazwisko generała w źródłach bywa różnie zapisywane – JK). Karne, zawodowe wojsko, uznawane za najlepsze w tym czasie w Europie, posuwało się sprawnie w stronę Żywca. Jego marsz został przerwany już na terenie Państwa Łodygowickiego (Państwo Łodygowickie było tzw. państwem szlacheckim, w jego skład wchodziły wszystkie miejscowości od Mikuszowic do Żywca). W Mikuszowicach drogę Szwedom zagrodziło około 2000 mieszkańców Podbeskidzia, wspomaganych przez różne oddziały wojsk polskich wierne królowi Janowi Kazimierzowi. Na szańcach, specjalnie na tę okoliczność usypanych, czekali już polscy dowódcy z Janem Karwackim, ks. Stanisławem Kaszkowicem i Janem Torysińskim na czele. 



Generał Wrzesowicz przystąpił do przygotowań do bitwy w nadziei — jak pisze — błogosławieństwa Bożego i szczęścia swego monarchy, na walną z wrogiem rozprawę. Podstąpiwszy więc na odległość strzału armatniego pod obóz polski, zastał powstańców w znakomitej kondycji i pełnych zapału do walki: z hukiem bębnów i przeraźliwym dźwiękiem piszczałek mieszały się wściekłe okrzyki rozentuzjazmowanych górali, cieszących się na spotkanie ze znienawidzonym gnębicielem – czytamy generała dla króla Karola Gustawa.

Według świadectwa Wrzesowicza, szańce były bardzo silnie ufortyfikowane, a główny szaniec pośrodku wyglądał tak imponująco, jakby to było w Holandii albo w innym kraju na zachodzie Europy. Dlatego doświadczony generał szwedzki rozpoczął bardzo staranne przygotowania do bitwy, bo z tą ludową armią miał wątpliwą przyjemność spotkać się kilka miesięcy wcześniej i o mały włos nie skończyło się to dla niego utratą głowy. 

Jak wiadomo, wojska szwedzkie pod dowództwem generałów Müllera i Wrzesowicza oblegały klasztor jasnogórski. Kiedy wieści o tym dotarły na Podbeskidzie, znany ze swych wojskowych zamiłowań proboszcz łodygowski  ks. Stanisław Kaszkowic zorganizował grupę zbrojnych, która ruszyła pod przewodnictwem Krzysztofa Żegockiego na odsiecz Czarnej Panience. W skład armii chłopskiej weszli wierni żołnierze króla Jana Kazimierza, zbójnicy oraz zwykli chłopi. Jednak ekspedycja nie osiągnęła zamierzonego celu, gdyż Szwedzi odstąpili od Częstochowy. Wobec tego armia ratunkowa Żegockiego skierowała się przeciw zajętym przez generała Wrzesowicza Krzepicom i Wieluniowi. Generał zbagatelizował chłopską armię i nie przygotował się należycie do ataku. Jego ludzie byli osłabieni po długotrwałym oblężeniu Jasnej Góry. Zlekceważona armia chłopska szybko rozbiła doborowe jednostki szwedzkie i zajęła Wieluń. Sam generał został osaczony na zamku, gdzie bronił się z garstką pozostałych mu rajtarów. To, że przeżył, zawdzięcza szybkiej interwencji gen. Müllera z Kalisza i gen. Wirtza z Krakowa. 

Generał Jan Weihard hr. Wrzesowicz był nie tylko pokonany, ale nade wszystko upokorzony. 


Przegrupowania, mobilizacje i zbójnic


Na początku lutego 1656 roku Szwedzi spalili Oświęcim i nikt nie miał już wątpliwości, że zechcą spacyfikować również Żywiecczyznę - jako jedno z ważniejszych gniazd rebelii. Obie strony rozpoczęły przygotowania do decydującego starcia. Generał Wrzesowicz udał się do Krakowa po wzmocnienie dla swojej armii, a proboszcz łodygowicki ks. Stanisław Kaszkowic zaciągnął na służbę królewską znanego zbójnika Macieja Klinowskiego. Mieszkańcy Podbeskidzia przypuszczali, że atak najprawdopodobniej przyjdzie od strony Suchej lub Kęt. Istniała również trzecia możliwość – że nadejdzie od strony Bielska - ale była ona mniej prawdopodobna ze względu na znajdującą się tam granicę z cesarskim Śląskiem, której Szwedzi nie powinni przekroczyć. Na wszelki wypadek przewidujący obrońcy postanowili zabezpieczyć się i z tej strony. Główne siły rozlokowano na kierunkach Kęty i Sucha, a szańca w Mikuszowicach strzegła 150-osobowa załoga z Państwa Łodygowickiego, z Janem Torysińskim na czele. 



Tymczasem dyszący żądzą odwetu generał Wrzesowicz otrzymał dodatkowe wsparcie 300 rajtarów z krakowskiego garnizonu. Źródła historyczne nie są zgodne co do liczby prowadzonych przez niego żołnierzy – mogło ich być między 800 a 1100. Szef ekspedycji karnej postanowił zaskoczyć obrońców. W tym celu wyruszając z Krakowa ogłosił, że idzie z wojskiem do Wielunia, gdy tymczasem szybkim marszem udał się w okolice Pszczyny i tam naruszył granicę cesarską. Nie zważając na protokół dyplomatyczny skierował się w stronę habsburskiego Bielska. 

Kiedy jednak pierwsze jego odziały przekroczyły graniczną rzekę Białą, napotkały regularną chorągiew dowodzoną przez Jerzego Ossolińskiego, starostę piotrkowskiego. Oddział polski, z góry skazany na porażkę, podjął walkę, aby opóźnić marsz Szwedów; równocześnie dowodzący wysłał posłańca z informacją, że natarcie idzie od Bielska i do bitwy dojdzie w Mikuszowicach. 

Z potyczki w Białej tylko 40 Polakom udało się ujść z życiem. Ich poświecenie i związanie najeźdźców na terenie Białej dało czas obrońcom, aby ściągnąć siły rozlokowane na kierunku Suchej i Kęt. 


Bitewny zgiełk, czyli jak rewanż nie do końca się udał

Jak widać, generał Wrzesowicz zadał sobie wiele trudu, aby dobrze przygotować się do konfrontacji. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy element zaskoczenia nie zadziałał i na miejscu zobaczył nie tylko gotowych do obrony ludzi, ale i usypane szańce. Dlatego nie spieszył się z rozpoczęciem bitwy, a dzięki temu szeregi obrońców rosły w siłę, bowiem ciągle dochodzili nowi ludzie z innych terenów. 

W tym miejscu trzeba przyznać, że generał pokazał prawdziwy kunszt wojenny. Na bok odsunął bolesne wspomnienie upokorzenia i skoncentrował się na tym, jak szybko i sprawnie zdobyć szańce. Zlustrował z daleka teren przyszłej bitwy i rozdzielił swoje siły na trzy kolumny szturmowe: pierwszą — pod majorem Schachtem — skierował przeciwko polskiej jeździe i leżącej za nią reducie, drugiej — pod obersztlejtnantem Seherrem — kazał atakować drugą redutę, sam zaś z resztą wojska uderzył w centrum na ów holenderski szaniec. 


Samobójczy szarża 

Zanim jednak doszło do głównego starcia, od zasadniczych formacji szwedzkich oderwał się niewielki oddział złożony ze szlachty polskiej, który ruszył w stronę polskich umocnień. Jeźdźcy zaczęli wykrzykiwać, że są Polakami i chcą przejść na stronę obrońców. Niestety, na szańcach nie wiedzieli, czy to prawda, czy też sprytny wybieg Szwedów. Nie chcąc ryzykować, obrońcy nie przyjęli uciekinierów. Wystrzelili salwę nad nimi i przygotowali kolejną. Oddział odwrócił się i ruszył w samobójczym ataku na Szwedzkie oddziały. Wszyscy zginęli, część poległych zabrała rodzina, a ciała pozostałych pochowano. Symbolicznym pomnikiem tych wydarzeń jest krzyż i tablica umieszczona w Mikuszowicach niedaleko przystanku autobusowego, w rejonie dawnego szpitala Stalownik.   


Bitwa i strategiczny odwrót 

Po tym wstępie rozgorzała bitwa, która trwał półtorej godziny. Centralny szaniec bez trudu odpierał ataki szwedzkie, dlatego Szwedzi przypuścili główny atak na redutę, której dowódcą był Jan Torysiński, i po zaciętych walkach ją zdobyli. Sam dowódca został ranny, choć w wielu publikacjach ten dzień jest opisywany jako jego ostatni. 

Opanowanie bocznej reduty odsłoniło bok głównego szańca. Dowodzący obroną szybko zorientowali się, że tych pozycji nie utrzymają, postanowili więc niepotrzebnie nie tracić ludzi i zarządzili odwrót. Znający teren górale szybko rozproszyli się po mocno zalesionej i górzystej okolicy.

Wojska szwedzkie świętowały zwycięstwo, jednak czy generał-major, Jan Weihard hr. Wrzesowicz dopiął swego? Raczej nie i chociaż opisał bitwę jako swój wielki sukces, to miał pełną świadomość, że głowy, po które tutaj przyszedł, nadal są na karkach właścicieli. 

Źródła nie podają niestety ilości strat w zabitych i rannych, poniesionych przez obie strony; jeńców Szwedzi nie brali, wycinając bez litości tych, co nie zdołali zawczasu ujść z opuszczonych przez większość fortyfikacji. Około setki powstańców utonęło podobno w wezbranych nurtach rzeki Białej, usiłując przedostać się na śląską stronę - pisze historyk Tadeusz Nowak.

Niezadowolony z takiego obrotu spraw Wrzesowicz postanowił kontynuować swój marsz, po drodze nakazując spalenie Mikuszowic i Wilkowic. W tych wioskach najwięcej ludności było wyznania protestanckiego. To jednak ani Wrzesowiczowi, ani też jego żołnierzom, w niczym nie przeszkadzało. 


Późnym popołudniem wojska Wrzesowicza dotarły do Żywca. Zajęły to miasto bez większych walk i rozpoczęły rabunek. W tym samym czasie niedawno pokonani obrońcy mikuszowskich szańców dokonali przegrupowania i zgromadzili się w pobliżu miasta. Nad ranem następnego dnia Chłopów sto na placową wartę uderzyło i onę rozpłoszyło. Ze wszystkich stron z gór zaczęli schodzić z zapalonymi pochodniami w ręku pozostali obrońcy. Widok za pewne był przeciekawy i oddziałujący na wyobraźnię. 

Wrzesowicz był już pewien - ucieczka z szańców była tylko strategicznym odwrotem górali, którzy chcieli go wciągnąć w głąb swojego terenu, aby dokończyć to, czego nie udało się im zrobić w Wieluniu. Zaskoczony takim obrotem sprawy generał natychmiast zarządził odwrót. I chociaż w swym raporcie przedstawił swoją ekspedycję jako sukces, to bezstronny obserwator bez trudu oceni, że w tym meczu stosunkiem 2:1 zwyciężyli mieszkańcy Podbeskidzia. 

Co się zaś tyczy samego generała, niedługo potem zginął zatłuczony kijami przez mszczących swe krwawe krzywdy chłopów.

środa, 18 lutego 2026

Ikar Specjalny dla Piotra Keniga





Gala Ikarów 2025, czyli Nagród Prezydenta Miasta Bielsko‑Biała w Dziedzinie Kultury i Sztuki odbyła się 16 lutego w Teatrze Polskim w Bielsku‑Białej odbyła się 16 lutego w Teatrze Polskim.


Galę Ikarów zakończyło wręczenie Ikara Specjalnego 2025. Za wszechstronną popularyzację wiedzy historycznej o Bielsku‑Białej otrzymał go Piotr Kenig -historyk, muzealnik, kustosz, przez ponad trzydzieści lat związany z Muzeum Historycznym w Bielsku‑Białej. Wieloletni kierownik Starej Fabryki, autor i współautor licznych publikacji upowszechniającej dziedzictwo historyczne Bielska‑Białej.


 



Piotr Kenig jest autorytetem w dziedzinie lokalnej historii, dziejów przemysłu na terenie naszego miasta oraz historii rodów fabrykantów. Jest także cenionym wykładowcą, edukatorem i przewodnikiem po Bielsku‑Białej. Inicjował i współtworzył siedem z dziewięciu historycznych szlaków tematycznych na terenie miasta, które obejmują prawie 140 obiektów i miejsc związanych z naszym dziedzictwem. Jest członkiem Bielsko‑Bialskiego Towarzystwa Historycznego. Otrzymał Srebrną i Złotą Odznakę za opiekę nad zabytkami. Zdobył Ikara za szczególne osiągnięcia kulturalne w 2017 roku wraz z Jakubem Krajowskim i Grzegorzem Madejem - za wystawę i książkę Pod znakiem róży nad Białą. Został wyróżniony w 2024 roku Złotą Odznaką Honorową za Zasługi dla Województwa Śląskiego oraz Nagrodą im. Karola Miarki za upowszechnianie kultury i nauki na terenie województwa śląskiego.


 



- Przede wszystkim czuję się niezwykle zaszczycony tym wyróżnieniem, ponieważ nadawane jest przez prezydenta Bielska‑Białej, miasta, gdzie się urodziłem i dorastałem, które od zawsze kocham całym sercem i nie wyobrażam sobie życia poza nim. To miasto moich przodków, tutaj są moje korzenie. Odczuwam bardzo mocny związek z pokoleniami, które mozolną pracą zbudowały nasz Mały Wiedeń z jego wielkim przemysłem, dającym zatrudnienie tysiącom ludzi z okolicy. Nagroda skłania do głębszej refleksji nad moim życiem i działalnością. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że zostałem w ten sposób wyróżniony. A może raczej nie ja, ile moja praca badawcza? Największą radość sprawiają mi uwieńczone sukcesem poszukiwania historyczne, to, że mogę odpowiedzieć na pytania, które sam sobie zadaję bądź zadają mi je inni. To, że wyniki moich dociekań okazują się ciekawe i przydatne, że cytowane są później w książkach, czasopismach, internecie – stwierdził Piotr Kenig. - Jestem wdzięczny wszystkim osobom, dzięki którym w minionych dekadach mogłem realizować swoje pasje: odkrywać i analizować źródła historyczne, publikować artykuły, przygotowywać wystawy, prowadzić wykłady, prelekcje i wycieczki historyczne. Ikar specjalny, w domyśle: za dotychczasową działalność… No cóż, wiąże się z tym świadomość, że czas nieubłaganie ucieka i lat przybywa… Mam nadzieję, że długo jeszcze będę mógł przeszukiwać źródła archiwalne, aby na ich podstawie odkrywać i opisywać różne zagadnienia dotyczące naszej lokalnej historii - dodał laureat Ikara Specjalnego.




czwartek, 5 lutego 2026

Czas Próby roku 1981

Historia pierwszego politycznego strajku w Polsce. Samowoli i prywacie mówimy nie, a władzy przywileje odbierzemy - mówili strajkujący 45 lat temu na Podbeskidziu. 


6 lutego 1981 roku doszło do podpisania porozumienia pomiędzy władzą, a Solidarnością. Rządzący widząc determinacje robotniczą, skapitulowali. Tym samym pierwszy protest robotników, którego celem nie były żądania ekonomiczne a polityczne, odniósł sukces. Dojście do tego nie było łatwe, a przywódcy zapłacili wysoką cenę. 



Po podpisaniu tzw. porozumień sierpniowych w 1980 roku, radość w kraju była wprawdzie wielka, ale krótkotrwała. Już miesiąc później władze stwierdziły, że rejestracja „Solidarności” jest możliwa tylko w rejonach, gdzie podpisano porozumienia. Nastąpił czas przepychanek i granie na czas ze strony Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która chciała przeczekać ten festiwal opozycji. Licząc na to, że robotnicy zajęci troskami dnia codziennego odstąpią od dalszych roszczeń. 



Spór rozgorzał ponownie w styczniu. Wszystko zaczęło się dość niepozornie podczas walki o wolne soboty, które miały być wprowadzone od stycznia 1981 roku. Władza tym razem doskonale przygotowała się do rozgrywki. Poza działaniami operacyjnymi przygotowano akcje propagandową. Wszędzie pojawiły się ulotki zniechęcające do strajku, na których obok podobizny dziecka umieszczono napis: -Nim przystąpisz do strajku, -nim wyjdziesz na ulice, -nim przyłączysz się do wichrzycieli i awanturników -Pomyśl o swoim dziecku ono czeka na Ciebie! 



Również narzędzie propagandowe PZPR czyli ówczesna „Kronika Beskidzka” umieściła artykuł pod wymownym tytułem „Sobota niewykorzystanych szans”. O ile ulotka wywołała irytacje, to propagandowy artykuł - pusty śmiech. Autor artykułu użalał się nad tym, że przez wolną sobotę, aż 600 popularnych maluchów nie zjechało z taśm monterskich. Warto przypomnieć, że w tamtym czasie na maluch mogli liczyć bez większych problemów członkowie PZPR, Milicji, SB, jak również specjalne talony na zakup mogli otrzymać np. górnicy czy lekarze. Dla zwykłego robotnika fiat 126p był dobrem trudnym do zdobycia. W tym samy czasie, gdy władze specjalnie przeciągały sprawę wolnych sobót, stało się coś czego nikt nie był w stanie przewidzieć. Oto gdy w całym kraju strona związkowa zajmowała się, tak jak chciały organy partyjne, skróceniem tygodnia pracy, w Bielsku-Białej pod wodzą Patrycjusza Kosmowskiego robotnicy postanowili pójść o krok dalej i złożyli polityczne postulaty. 



24 stycznia 2006 roku miałem możliwość zapytania legendarnego przywódcy tamtego strajku, Patrycjusza Kosmowskiego, jak to wyglądało z jego perspektywy. Wszyscy wiedzieliśmy o nieprawidłowościach władzy na naszym terenie, o wspaniałych willach, prywacie i grabieniu publicznych pieniędzy przez rządzącą ekipę. Kropla przelała czarę, kiedy dowiedzieliśmy się, iż w Zawoji pobito naszego działacza. Nie mogliśmy tego tak zostawić, gdyż mieliśmy pewność, iż takie działanie było inspirowane przez władzę. Podczas zebrania regionu, stwierdziłem, że skoro ryba psuje się od głowy, to należy ją odrąbać! Postanowiliśmy za jednym razem wymienić całą ekipę: wojewodę, komendanta policji, szefa milicji i partii. Nie byliśmy odpowiednio do tego przygotowani, jednak zebrane udokumentowane zarzuty przekazaliśmy do ministerstwa. Komisja rządowa obiecała, że gdy się zapozna z nimi i stwierdzi ich zasadność to przyjedzie do nas i naprawi błędy. Jednak czas mijał, a komisja nie odpowiadała, liczący chyba, że cała sprawa rozejdzie się po kościach. Z tego powodu zorganizowaliśmy strajk ostrzegawczy, a gdy i po nim nie było odzewu, strajk generalny- wspominał Patrycjusz Kosmowski. 



Kiedy strona rządowa zbagatelizowała wezwanie do rozmów, 27 stycznia ogłoszono strajk. W szczytowym momencie przystąpiło do niego prawie 200 000 robotników z całego regionu. Robotnicy tym razem nie strajkowali o „kiełbasę”, ale żądali odwołania ze stanowisk partyjnych, samorządowych, a nawet przedstawicieli rządowych w terenie. Zarzucali im prywatę, oszustwa i niegospodarność połączoną ze stworzeniem mafijnej siatki wzajemnych powiązań. Kosmowski zapytany o to dlaczego wywołał strajk polityczny odpowiedział: Trzeba było mieć świadomość, iż kraj rządzony przez komunistów nie jest krajem wolnych ludzi. Wszystkie zabiegi i działania o wolną sobotę, dodatkową stówę czy kawałek kiełbasy były tylko doraźnymi działaniami nie przynoszącymi radykalnej zmiany. Tylko zdecydowane uderzenie w aparat władzy mogło przynieść oczekiwany efekt, dlatego też pewnie ten największy strajk polityczny był pomijany i zbywany milczeniem - odpowiedział Kosmowski.  



Co ciekawe, kiedy władze wraz z rozszerzaniem się akcji protestacyjnej powoli miękły, przyszedł nieoczekiwany cios. Oto Lech Wałęsa w rozmowie telefonicznej krzycząc do słuchawki nakazał… zakończyć strajk. Jak przekonywał Wałęsa, cała Polska jest na was wściekła, bo gdy my walczymy o wolne soboty, wy stawiacie bezsensowne polityczne żądania. Informacje, że władze krajowe w osobie Lecha Wałęsy nie popierają strajku wywołały ferment. W wielu zakładach bardziej zachowawczy związkowcy zdezorientowani zaczęli tracić wiarę w sens walki. Władza postanowiła to wykorzystać. Za ich sprawą w zakładach pojawił się list otwarty do strajkujących, który powołując się na władze krajowe, wzywał do zaprzestania strajku. W tych okolicznościach kilka zakładów strajk… zakończyło. Jednak w tych które pozostały stanowiska robotników jeszcze bardziej się zradykalizowały. Dochodziło nawet do sytuacji, że niektórzy z zakładowych POP (Podstawowa Organizacja Partyjna) przyłączali się do protestu i wysyłali petycje do władz wojewódzkich i centralnych, aby zrealizować słuszne postulaty robotnicze. Komisja badająca zarzuty robotników uznała tylko część z 33 za zasadne. To spowodowało, że kolejne zakłady do tej pory neutralne zaczęły przyłączać się do protestu. W tych okolicznościach 2 lutego do Bielska-Białej przyjechał Lech Wałęsa, który na miejscu zapoznał się z Podbeskidzką rzeczywistością. 3 i 4 lutego trwały publiczne negocjacje z władzami, którym przez radiowęzeł przysłuchiwała się cały czas załoga. Wiceminister Koteli nie był przygotowany do rozmów i w ogóle nie orientował się, o co chodzi robotnikom. W takich okolicznościach rozmowy okazały się bezowocne. Napięcie po raz kolejny wzrosło, ale w tym czasie organizacje „Solidarności” m. in. z Małopolski i Jastrzębia zapowiedziały przyłączenie się do protestu. Od tego momentu sprawy potoczyły się błyskawicznie, tym bardziej, że do mediacji włączyli się przedstawiciele kościoła katolickiego. 



Biskupi Czesław Domin i Janusz Zimniak wspólnie z biskupem Bronisławem Dąbrowskim, sekretarzem Episkopatu Polski, mediowali podczas strajku generalnego „Solidarności” na Podbeskidziu, a następnie byli gwarantami zawartego porozumienia podpisanego 6 lutego 1981 roku. Władze wojewódzkie odwołano, a skompromitowanych stopniowo odsuwano od zajmowanych stanowisk. Do akcji wkroczyła też prokuratura i NIK. Ruch kadrowy dotknął nie tylko władze samorządowe, ale również partyjne, wietrzenie kadr nastąpiło również w milicji i zakładach pracy. Wielu nieusuwalnych dyrektorów, którzy jak mówił klasyk: mój mąż z zawodu jest dyrektorem, zostało odwołanych. 



- Faktycznie jeszcze tego samego dnia  prezes Rady Ministrów przyjął rezygnację wojewody bielskiego Józefa Łabudka oraz wicewojewodów Antoniego Kobieli i Antoniego Urbańca. Wkrótce stracił także stanowisko prezydent Bielska-Białej, Marian Kałoń oraz wielu urzędników w administracji wojewódzkiej oraz miejskiej. Dyrektorem naczelnym FSM przestał być Ryszard Dziopak. Zmiana nastąpiła także w wojewódzkiej i miejskiej organizacji PZPR. Do odpowiedzialności karnej został później pociągnięty były komendant wojewódzki MO płk Ryszard Witek - wspomina historyk i działacz opozycji Artur Kasprzykowski.



Po drugiej stronie barykady związkowcy skonsolidowali się i poczuli siłę. Jako pierwsi w kraju wygrali przecież z władzą ludową, zmuszając ją do kapitulacji. Ta nieprzejednana postawa została im zapamiętana i władze komunistyczne z nawiązką im to odpłaciły. Po ogłoszeniu stanu wojennego związkowcy zamykani byli w więzieniach i internowani, to dla tych z Podbeskidzia przygotowano specjalny zestaw. Kiedy większość internowanych wychodziła na wolność po dwóch lub trzech latach, Patrycjusz Kosmowski, symbol tamtego strajku, zostaje skazany na sześć lat więzienia, a po wyjściu z zakładu karnego, zostaje zmuszony do emigracji do Szwecji, bez prawa powrotu. 



Dzisiaj mija 45 lat od tych wydarzeń, które w sposób zasadniczy ukształtowały wielu mieszkających na Podbeskidziu ludzi, dla których zasady są ważniejsze od doraźnych korzyści.